Wywiad z prof. J. Trznadlem

15th Maj 2012 by FYM No Comments

1. FYM: Szanowny Panie Profesorze, zechce Pan przyjąć moje szczere podziękowania za znalezienie czasu na udzielenie odpowiedzi na garść moich pytań w sprawie śledztw „smoleńskich”, chciałbym jednak, jeśli Pan pozwoli, zacząć naszą rozmowę zupełnie nietypowo. Pomińmy ostatnie dwa lata tego, co się działo (i wciąż dzieje) nad Wisłą (czy szerzej w naszej części Europy). Załóżmy, że dochodzi dziś do lotniczej katastrofy amerykańskiego samolotu rządowego, giną wysocy urzędnicy państwowi z jakąś częścią administracji waszyngtońskiej oraz jakimiś dowódcami US Army – gdzieś dajmy na to w Afryce. Czy ktokolwiek, zaraz po tym zdarzeniu, ośmieliłby się stwierdzić, że doszło do nieszczęśliwego wypadku? Czy w mediach amerykańskich ogłoszono by przede wszystkim żałobę i zaczęto tygodniowy cykl wspomnień o ofiarach wsparty rzewnymi melodiami?

Prof. J. Trznadel: Taka reakcja byłaby na pewno niemożliwa. Jeśli zważyć, że wszelkie samoloty rządowe rzadko ulegają zwykłym awariom, podstawowy wysiłek natychmiast powołanej komisji amerykańskiej, poszedłby w kierunku pytania, czy nie był to zamach. Wymagałby tego już sam zestaw osobistości, które w takiej katastrofie straciłyby życie. Wrak samolotu zostałby ewakuowany przy pomocy ciężkiego lotnictwa transportowego. Nie byłoby nawet mowy o oddaniu śledztwa rządowi kraju, w którym doszło do katastrofy. Tak właśnie np. postąpił Izrael po katastrofie izraelskiego helikoptera w Rumunii. Oddanie obcemu państwu badania katastrofy, w której ginie prezydent kraju, to totalna kompromitacja rządu. Część Polaków przyjęła to, bo nastąpił upadek i zanik państwowego myślenia.

2. FYM: Pozwolę sobie teraz na nieco szersze wprowadzenie w dalszą część naszej rozmowy. Te ostatnie dwa lata dla Polski, przynajmniej z mojego punktu widzenia (nie wiem, czy Pan się też z tym stwierdzeniem zgodzi), to jakiś rodzaj koszmarnego snu. Długiego, z którego nasz kraj nie może, nie umie lub też nie chce się wybudzić. Z jednej strony doszło do tragedii 10 Kwietnia, lecz z drugiej ani nie wiadomo, co się stało, ani jaki dokładnie był przebieg zdarzeń. Nikt właściwie (ani z urzędników państwowych, ani z przedstawicieli służb czy wojska) do tej pory za nic nie odpowiedział w związku z tą tragedią, mnożą się tylko jakieś dokumenty, raporty etc., którymi i tak mało kto się przejmuje, bo „życie polityczne toczy się dalej”. Nie uruchomiono żadnych publicznych przesłuchań urzędników państwowych, którzy decydowali o sprawach związanych z przygotowaniami do uroczystości, jak też z tym, co się działo podczas wylotów, przelotów i później (np. jeśli chodzi o odpowiednie do skali wydarzenia, zabezpieczenie szczątków); pomijam tu kilka dość zdawkowych przesłuchań ludzi z kancelarii Prezydenta. Nie dokonano sekcji zwłok ofiar ani stosownych badań medyczno-sądowych, utajniono zawartości olbrzymiej większości nośników elektronicznych, które miały przy sobie osoby uczestniczące w delegacji prezydenckiej. I tak dalej. I właściwie nic – nadchodzi lato 2012 i spora część naszych rodaków „wraca do grillowania”.

Co więcej, jeślibyśmy cofnęli się do samego przedpołudnia 10-04, to przecież zrazu nie wiadomo było, o jaki samolot rządowy chodzi i co się z nim naprawdę dzieje. Najpierw pojawiają się doniesienia o „prezydenckim jaku”, ten jednak wnet zamienia się w „prezydenckiego tupolewa” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/byy-dwie-maszyny-ktora-sie-rozbia.html). Oczywiście nikt się tym wtedy specjalnie nie dziwi, choć oficjalnie żaden „prezydencki jak” z Okęcia nie wyleciał, a jeśli już to „jak dziennikarski”. Skąd więc nagle mógłby się pojawić jakiś inny samolot w tak poważnych relacjach, w tak poważnej sprawie, jeśli oficjalnie wyleciały wyłącznie dwa?

Niedługo po wpół do 10-tej pol. czasu jest mowa o 87 śmiertelnych ofiarach (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/proste-pytania.html), potem zaś (tuż przed 10-tą) dowiadujemy się z komunikatu gubernatora obw. smol., że „wsie pogibli”, o 10.18 zaś korespondent z Moskwy W. Pac podaje na antenie TVP Info wiadomość o 132 ofiarach (http://freeyourmind.salon24.pl/410648,medytacje-smolenskie-8-132). Później będzie jeszcze wieść o 3 osobach rannych, co zresztą nie przeszkodzi prezenterom telewizyjnym odczytywać na antenie „listę pasażerów”, na której znajdą się także nazwiska osób żyjących (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/rozszerzona-lista-polegych.html).

Myślę, że samo przypomnienie zaledwie tych kilku „newsów” z 10-04 obrazuje dziwność, tajemniczość tego, co się wtedy działo. Tymczasem to powinna być „arcyboleśnie prosta” sprawa, że posłużę się słynnym już określeniem. Jeśli wyleciał jeden „prezydencki tupolew” i jeśli rozbił się w Smoleńsku podczas podchodzenia do lądowania o godz. 8.41 pol. czasu, to już (najpóźniej) z parominutowym opóźnieniem powinny być na miejscu takiego lotniczego wypadku pierwsze kamery pokazujące relację z akcji poszukiwawczo-ratowniczej – tak jak to zwykle na lotniskach po katastrofach bywa. Powinna być od razu znana urzędnikom i dziennikarzom precyzyjna lista ofiar, godzina wylotu z Okęcia oraz wstępny przebieg wydarzeń (wszak do wypadku miałoby dojść w paruset tysięcznym mieście, a nie na pustkowiu za górami za lasami).

Dzieje się jednak coś zupełnie innego. Pierwsze oficjalne informacje (te właśnie o „prezydenckim jaku”) pojawiają się o 9.19 w rządowej i najlepiej przecież zwykle poinformowanej telewizji TVN24. No więc minęło pół godziny od wypadku i dopiero wtedy pojawia się pierwsza związana z nim wiadomość (i to o „problemach z lądowaniem”)? Gdyby tego było mało – pierwsze zdjęcia/migawki z „miejsca katastrofy” prezentowane są dopiero koło godz. 10.17 pol. czasu, czyli jakieś 100 minut od Zdarzenia. Na tym jednak wcale nie koniec, bowiem na tych obrazach z wojskowego smoleńskiego lotniska nie tylko nie widać żadnej akcji poszukiwawczo-ratowniczej, ale nawet foteli i blisko setki zabitych ofiar (nie mówiąc o 132 ofiarach, jak to podawano przez jakiś czas). I znowu – nikt się temu nie dziwi, że paradujący między lotniczymi szczątkami polski montażysta nie jest w stanie złapać w obiektyw tak wielu charakterystycznych szczegółów dla, zdawać by się mogło, zwykłej lotniczej katastrofy.

Prof. J. Trznadel: Bo zastał sytuację zaskakująco nietypową. Nasz montażysta szukał elementów prawdziwej katastrofy i nic mu nie wychodziło. Wprost potykał się o dekoracje, o których jeszcze powiem. Uważam, że jego przesłuchanie przez komisję sejmową świadczy, że i przesłuchujący poszli podobnym tropem. Tak jakby wszyscy stracili podstawowy zmysł krytyczny, nie zastanawiając się nad sensem blokady miejsca wypadku przez policyjne służby rosyjskie, czy nad sprzecznościami w podawanych informacjach. Nikt chyba nie zastanawiał się, dlaczego podaje się różne godziny katastrofy czy różną ilość ofiar!… Tam, na miejscu, myślenie obserwatorów odrzucało sprzeczność informacji bez zastanowienia. Choć miejsce katastrofy było oddalone zaledwie o kilkaset metrów od wieży kontrolnej! Pomyśleć, że informacje pochodzą może z innego miejsca, a nie od służb Siewiernego, wychodziło poza ramy ich doświadczenia.

3. FYM: Obecnie w przestrzeni publicznej mamy rywalizujące ze sobą, choć wzajemnie sprzeczne, dwie wersje tego, co się stało 10 Kwietnia. Jedna już „utrwalona medialnie” – wypadkowa – lansowana w reżimowych środkach przekazu już od pierwszych oficjalnych doniesień ze Smoleńska. Druga – zamachowa – związana z ustaleniami ekspertów Zespołu min. Macierewicza. Mimo różnic między tymi scenariuszami wydarzeń i mimo że obie wersje są ze sobą nie do pogodzenia, dają się dostrzec istotne podobieństwa między oficjalną Millerowo-Klichową narracją a tą, powiedzmy, Macierewicza (resp. Zespołu).

Po pierwsze, nie odtwarza się w obu podejściach śledczo-badawczych sytuacji na Okęciu sprzed wylotów. Po drugie, rekonstruuje się (nie dysponując żadnymi wiarygodnymi materialnymi świadectwami – typu film rejestrujący katastrofę) „ostatnie minuty i sekundy” lotu „prezydenckiego tupolewa”. Po trzecie, uznaje się za miarodajne przynajmniej niektóre dane dostarczone przez komisję Burdenki 2 (zwaną potocznie „MAK”) typu „zapis komputera pokładowego”, zapisy CVR, zapisy z wieży ruskich szympansów (zwanej potocznie „wieżą kontroli lotów”) etc. Przede wszystkim jednak w obu scenariuszach dość zgodnie przyjmuje się, iż w tak fatalnych warunkach atmosferycznych (jak te, o których się nam z naciskiem mówi od pierwszych relacji o „katastrofie”) i przy bieda-oświetleniu lotniska piloci zdecydowaliby się na zniżanie z całą delegacją na pokładzie, nawet nie próbując „powisieć” i przeczekać sytuacji, pozostając np. na 500 metrach wysokości – a tym bardziej (przy „nielotnych warunkach”), nie decydując się na międzylądowanie w pobliskim Witebsku (wpisanym do planu lotu).

W obu wersjach (Millerowo-Klichowej i Macierewiczowej) przechodzi się również do porządku dziennego nad tym (co zrazu ustalili dziennikarze, a co potwierdziła kontrola NIK), iż nie było pisemnej, dyplomatycznej zgody na wlot prezydenckiej delegacji w ruską przestrzeń powietrzną oraz na lądowanie na smoleńskim wojskowym lotnisku (taka zgoda była tylko na wlot w białoruską przestrzeń i lądowania na tamtejszych lotniskach). W jaki zatem sposób 10 kwietnia natowski, rządowy, z takiej rangi pasażerami, statek powietrzny mógł sobie spokojnie (bez moskiewskiej bumagi) wlecieć w obszar kontrolowany przez wrogie wobec Sojuszu Północnoatlantyckiego państwo? I „komisja Millera”, i najwyraźniej Zespół Macierewicza zakładają, że „prezydencki tupolew” najwyraźniej „po prostu wleciał”. Owszem, niewykluczone, że samolot mógł „po prostu wlecieć”, bo ktoś z Kremla „zezwolił telefonicznie” na taki wlot – ale też ów samolot (trzymam się tu oficjalnej narracji z „prezydenckim tupolewem”, nie zaś scenariusza z rozdzieleniem delegacji na Okęciu na przynajmniej dwa samoloty) mógł „po prostu nie wlecieć”, czyli załodze, gdy statek zbliżał się do punktu ASKIL (na białorusko-ruskiej powietrznej granicy), moskiewska kontrola obszaru mogła przekazać polecenie skierowania się (choćby w celu przeczekania) na zapasowe lotnisko w związku z trudnymi warunkami atmosferycznymi w Smoleńsku. Jak Pan sądzi, dlaczego z takim uporem unika się badania alternatywnego scenariusza tragedii, a więc takiego, że do żadnej katastrofy „prezydenckiego tupolewa” w Smoleńsku nie doszło?

Prof. J. Trznadel: Bo jest silna obawa przed moralnym i intelektualnym wyjściem poza „oficjalne” opisy wydarzenia. Skrępowanie myśli. Pamiętajmy, że katastrofa jest przecież niezbywalną częścią raportów MAK i Millera. Wiarę w to słowo wyznaje przeważająca chyba część opinii publicznej. Wszystkie relacjonowane wersje katastrofy, opierają się na obliczeniach przebiegu lotu Tupolewa, wynikających ze wskaźników i przyrządów pokładowych. Na tym polega ich względne podobieństwo. Wyjście poza zapisy przyrządów (i czarne skrzynki) widziane jest jako zderzenie z ziemię i koniec lotu. Dopiero komisja Macierewicza orzekła, że w ostatnich chwilach zapisu znaleziono dowód na zamach. Oddalono ingerencję owej fatalnej i symbolicznej brzozy, na której zapewne rozbiłaby się lotnia, ale nie szczególnie wytrzymały Tupolew. Koniec Tupolewa według Macierewicza wyznaczają dwa zarejestrowane wstrząsy, oznaczające wybuchy, jak dwie ostateczne salwy wymierzone w samolot.

Spadając z tak niskiej wysokości, samolot rozbija się jednak w niespotykany sposób, jak kryształowy puchar, na tak drobne cząstki, że nie dałoby się go złożyć, co jest jedną z czynności dokonywanych wszędzie po katastrofie. Ale dowody, że los i tragedia pasażerów dokonały się właśnie na Siewiernym, mają znaczące braki. Różne zapisy bardzo podważają to przekonanie. Pan stawia tu wielki znak zapytania, a właściwie zaprzeczenia. Siewiernyj – to byłby główny akt „maskirowki”, podmieniającej miejsce i sposób zagłady pasażerów. Wiele przemawia za tym, że „akt ostateczny” nie odbył się w Smoleńsku.

4. FYM: Czy bierze Pan pod uwagę taki (możliwy) scenariusz dalszych losów śledztwa, iż zostanie jakby „zadekretowana” alternatywa „wypadek bądź zamach (na smoleńskim Siewiernym)”, przy czym obie strony (i prokuratury, i Zespół) będą bezradnie rozkładać ręce, że i tak materiał dowodowy pozostaje wciąż pod kontrolą Moskwy, w związku z tym „nie jesteśmy w stanie zbyt wiele z tym zrobić”?

Prof. J. Trznadel: Mimo to Macierewicz próbował, ale mnie osobiście nie przekonał. Najściślejsze operowanie wykresami i logarytmami, gdy sama podstawa jest niepewna… Chodzi nie tylko o niszczejący w Smoleńsku wrak, ale także czarne skrzynki, całą aparaturę zapisów, która znajdowała się w kokpicie, którego zresztą nie ma wśród szczątków wraku. Pomijam wersję MAK i Millera, ale nie ufam też pozornej precyzji komisji Antoniego Macierewicza. Dostępne dane przeszły wcześniej przez rosyjską kontrolę. Prawdopodobnie wszystko, co spoczywa na Siewiernym, to pozostałe rekwizyty sztucznej scenerii, którą określa się też „maskirowką”. Chciano jednak wywołać wrażenie, ba, pewność, że w tym miejscu runął polski prezydencki Tupolew. Nawet początkowe sprzeczności informacji łudziły autentyczną prawdą. Przecież samolot miał o tej porze przylecieć, był oczekiwany.

5. FYM: Czy widzi Pan jakiekolwiek szanse i na przełom w śledztwie, i na powstanie międzynarodowej komisji, która podjęłaby się zadania wyjaśnienia przyczyn tragedii? Przed dwoma laty wydawało się to poniekąd kwestią czasu, iż taka instytucja wesprze nasz kraj w działaniach na rzecz wyjaśnienia tragedii. Dziś natomiast chyba tylko zmiana na stanowisku prezydenta USA mogłaby także przyczynić się do zmiany w interesującej nas sprawie. Ale czy na pewno? Może Polska przestała być już traktowana jako kraj „rokujący nadzieje” dla Zachodu, tylko została „spisana na straty” i „oddana” Moskwie, która zbrodnią z 10 Kwietnia przywróciła określone (powojenne, sowieckie) status quo?

Prof. J. Trznadel: Wydarzenie, które pociągnęło za sobą śmierć elity europejskiego państwa, choć pokrywane milczeniem, jest tej miary, że niezależne dochodzenie międzynarodowe bez udziału rządu polskiego i moskiewskiego, wywołałoby skandal polityczny, co nie mieści się, jak sądzę, w obecnym status quo układów Zachodu z Moskwą. Bo Moskwa rzuciła na szalę swój prestiż, dokonując jako pierwsza komisyjnej oceny wydarzenia (MAK). Prezydent Miedwiediew powiedział, że nie wyobraża sobie, by można było zaproponować inną wersję. Dlatego wątpię, by mogła powstać komisja o prestiżowym, międzynarodowym umocowaniu. I czy przed wejściem w skład takiej komisji nie powstrzymywałyby ludzi różne formy politycznej niewygody, ale i strachu przed działaniem formacji, którą nazwałem w mojej książce o Smoleńsku „szwadronami śmierci” (termin Anny Walentynowicz), a która „wytwarza” tak zwanych „seryjnych samobójców”.

6. FYM: W ubiegłorocznym tekście zamieszczonym na blogu przez prof. M. Dakowskiego (http://dakowski.salon24.pl/344309,zamach-smolenski-wokol-hipotez) zwrócił Pan uwagę, iż nie ma dowodu na to, że „rozbite fragmenty wraku Tupolewa na Siewiernym są na pewno częściami samolotu, który tego dnia rano wyleciał z delegacją prezydencką z Okęcia”. Od września 2011, kiedy Pański tekst się ukazał, nic w tej kluczowej przecież sprawie się nie zmieniło – szczątki przedstawiane jako „wrak prezydenckiego tupolewa” pozostają w gestii Kremla, aczkolwiek, jak niedawno mogliśmy usłyszeć z ust prok. gen. A. Seremeta (http://wyborcza.pl/1,75478,11576169,Tu_154__Wybuchu_nie_bylo.html) (wspominałem o tej sprawie także w rozmowie z prof. M. Dakowskim (http://freeyourmind.salon24.pl/412847,wywiad-z-prof-m-dakowskim)), polskie śledztwo mogłoby się zakończyć nawet bez uprzedniego sprowadzenia tychże lotniczych fragmentów do naszego kraju. Mnie osobiście włos się jeży na głowie, gdy słyszę tego rodzaju wypowiedzi wygłaszane przez generalnego prokuratora, ale czy taki rozwój wypadków nie jest niemożliwy? Polska zakończy śledztwo w sprawie największej powojennej tragedii, nie zbadawszy ani „wraku prezydenckiego tupolewa” (trudno bowiem to, co zrobiła przez jeden dzień na pobojowisku na Siewiernym grupka ludzi z „komisji Millera” nazwać badaniem), ani nawet nie dokonawszy szeroko zakrojonych badań medyczno-sądowych ciał ofiar tragedii (Seremet jest przeciwny dalszym ekshumacjom; na razie dokonano zaledwie trzech, jak wiemy)? Byłby to chyba ewenement w skali światowej – ustalić przebieg lotniczej katastrofy nie dysponując żadnymi poważnymi materialnymi dowodami ani nawet jej wizualnym udokumentowaniem.

Prof. J. Trznadel: Niestety, i komisja Millera, i Macierewicza w jakimś sensie pogodziła się z tą sytuacją. Nie spodziewam się też istotnych wyników śledztwa prokuratury. Obecny stan polskiej prokuratury to brak niezależności, która z zasady powinna tu być cechą nadrzędną. Wszystko to każe przypuszczać, że nasza prokuratura nie zdobędzie się na niezależne śledztwo, lecz nadal podlegać będzie dyrektywom rządowym. Od długiego czasu tę niekonstytucyjną zależność prokuratury potwierdzają różne karygodnie umorzone śledztwa.

7. FYM: W przywoływanym wyżej tekście pisał Pan też o ewentualnym zamachu, że: „Jeśli został dokonany na Siewiernym, to wszystko musiałoby być gorączkową wręcz improwizacją, wyśrubowaną w mijającym krótkim czasie. Czy jednak decyzja o zamachu – mogła być taką improwizacją, dokonaną w ostatniej fazie lotu Tupolewa? Czy zainteresowanym służbom i zamachowcom przekazano by decyzję dokonania improwizowanej akcji? Zauważmy, że w każdej improwizacji trudno przewidzieć jej dokładne skutki. Czy wtedy, choćby z dużym wykorzystaniem wcześniej przygotowanych elementów, zamachowcy nie musieliby się liczyć także z pojawieniem się faktów przypadkowych, czy nawet – demaskujących?” Rozwijając tę myśl, rzekłbym, iż zwolennicy hipotezy smoleńsko-zamachowej pewnych pytań sobie zwyczajnie nie zadają. Skąd miałaby istnieć pewność, że piloci zdecydują się na zniżanie, wiedząc, że warunki się nie nadają do lądowania? Skąd pewność, że daliby się wciągnąć w pułapkę?

Załóżmy jednak, iż faktycznie zachodzi taka sytuacja, iż zbagatelizowawszy zagrożenie, załoga „prezydenckiego tupolewa”, dokonuje takiego zniżenia na wysokość decyzji (nie informują przy tym Prezydenta, że w trudnych warunkach atmosferycznych spróbują ewentualnie podejść do lądowania, gdyż zachęciła ich do tego załoga jaka (A. Wosztyl ma wszak mówić załodze tupolewa, wg „stenogramów CVR”: „powiem szczerze, możecie spróbować jak najbardziej. Dwa APM-y są, bramkę zrobili, tak że możecie spróbować…”)). Załóżmy, że daje się jednak wciągnąć w pułapkę – tj. na określonej wysokości dojść ma do bombowego zamachu(pomijam kwestię kto i kiedy mógłby zainstalować takie ładunki). Pojawia się teraz pytanie: w jaki sposób można byłoby zapobiec pożarowi samolotu, upadkowi płonących części na pobliską stację benzynową (i kolejnej eksplozji) i/lub na budynki mieszkalne (bloki i hotel w pobliżu lotniska)? Dochodzi do wysadzenia i rozerwania samolotu, a na drzewach nie leżą rzeczy ofiar (lub nawet ciała), zaś wrak rozsypany jest na terenie wielkości piłkarskiego boiska? Scenariusz z zamachem nad Siewiernym byłby zarazem trudną do wyobrażenia i opanowania katastrofą humanitarną części miasta Smoleńsk. Owszem, możemy założyć, iż zamachowcom szczęśliwie udało się „wycelować z upadkiem samolotu” akurat w łączkę przy lotnisku, jak też sprawić, że nie tylko nie doszło do wielkiego pożaru (nawet drzewa pobliskie się nie zapaliły), ale i szczątki ofiar jakoś się szczęśliwie znalazły generalnie w jednym miejscu (jak to miał opowiadać jeden z ruskich strażaków – w postaci „kuli ciał” we wraku (http://wyborcza.pl/1,105743,8599278,To_byla_kula_z_ludzkich_cial__320_fragmentow_96_ofiar.html)) – jednakże chyba byłoby to zbyt wiele „szczęśliwych zbiegów okoliczności”. Co gorsza, gdyby rzeczywiście „kula ciał” była „we wraku”, to niemal natychmiastowe stwierdzenie, iż „wsie pogibli” byłoby niemożliwe przed wydobyciem ciał „z wraku”.

Prof. J. Trznadel: Twierdzenie, że lot prezydenckiego Tupolewa zakończył się na Siewiernym, nie przekonuje mnie dzisiaj ani w wersji katastrofy, ani w wersji zamachu. Okoliczności i szczegóły katastrofy z Siewiernego, relacjonowane przez świadków i komisję MAK, ale to także, czego w tych relacjach nie ma (a co pojawia się w opisach wielkich katastrof lotniczych na świecie), to wszystko budzi niepewność – czy rzeczywiście doszło tam do katastrofy Tupolewa. Dotyczy to także relacji osób, które znalazły się w tym czasie tuż obok lotniska. Te relacje robią wrażenie przepisanych ze stronic jakiejś powieści. Przypomnę raz jeszcze, że dla celów urzędowego druku niemieckiego o Katyniu (1943) niemiecka komisja przywołała tylko czterech czy pięciu świadków, podczas gdy w rosyjskim komunikacie akademika Burdenki (1944), przypisującym zbrodnię Niemcom, występuje sześćdziesięciu świadków. Dwadzieścia lat temu rozmawiałem z jednym z nich, chłopem z Gniezdowa. Musiał podpisać swoje zeznanie nie czytając go.

8. FYM: Prof. Dakowski w (linkowanym wyżej) wywiadzie stwierdził: „Chyba się nie mylę, że odlot z Okęcia samolotów (tutka, parę jaków?) jest jedynym w światowej historii odlotem Głowy Państwa, Generalicji, osób towarzyszących, dziennikarzy itp.) bez dokumentacji fotograficznej i filmowej, bez dokumentów lotu. Nawet osobiście odczułem Paraliż Strachu u osób, które mogłyby wiedzieć, czy mieć dowody na to, co rankiem 10 kwietnia działo się na Okęciu. Pewna Poważna Pani profesor (…) pisała mi w 2010 r. ostrzegawczo, bym tak nie nastawał na niezależne ekshumacje, bo jeśli PRAWDA wyjdzie na jaw – to co nam zostanie? Wojna z Rosją? Przy takiej dysproporcji sił?”

Jak Pan sądzi, może to jest ów klucz do całej zagadki nieefektywnych śledztw smoleńskich, jak też do zagadki zdumiewającej, apatycznej czy wprost nieprzytomnej postawy sporej części polskiego społeczeństwa – może wielu z nas zwyczajnie woli nie wiedzieć, co się naprawdę stało, niż dowiedzieć się wszystkiego? Czy nie powróciła ta postawa, którą kiedyś J. Mackiewicz sformułował jako „nie trzeba głośno mówić”?

Prof. J. Trznadel: Wiele przemawia za tym, że brak dokumentów pożegnania i odlotu delegacji polskiej, wraz z parą prezydencką, do Smoleńska, prowadzi do refleksji: czy taki samolot rzeczywiście wystartował z Okęcia i rzeczywiście doleciał do Smoleńska? Nie ma zdjęć, ani najkrótszego nawet nagrania kamerą tego odlotu. Więc co, niewidzialny samolot? A druga sprawa: pojawiają się u nas głosy, że gdybyśmy jednak dowiedli bez cienia wątpliwości, że zamach był dziełem rosyjskim – to groziłaby nam wojna. Jest to tylko nieuzasadniony strach lub propaganda ze strony tych, którym zależy, by nie dociekać prawdy. Ale nie widzę analogii na przykład do niemieckiej prowokacji gliwickiej z 1939 roku, po której nastąpiła wojna. Hitler zdecydował o napaści nie dlatego, że rząd polski dobrze znał prawdę o gliwickiej prowokacji. Zamach „smoleński” (a być może także w Mirosławcu) to inna droga do ustanawiania „podległości” naszego kraju.

Jednak słowo „Okęcie” pojawiające się pod koniec naszej rozmowy, jeśli przywoływanie go jest trafne, otwierałoby nie badaną dotychczas możliwość i zupełnie inną rozmowę. Niewiele mówi się o tym na popularnych blogach, jak Salon24 czy Niepoprawni. Ale w wypowiedziach na przykład K. Cierpisza umieszczenie centrum zamachu i tragedii na Okęciu i w Polsce pojawia się z całą siłą. Rozwiązywałyby się w tej sytuacji pewne zagadkowe absurdy. Jeśli dałoby się to potwierdzić (a żadnych badań świadków w zasadzie nie przeprowadzono), oznaczałoby to w Polsce wstrząs moralny i polityczny o nie dających się przewidzieć konsekwencjach.

9. FYM: Dziękuję serdecznie za rozmowę i za Pańską wytrwałość w walce o prawdę o pierwszym, jak i drugim Katyniu.

 

* * *

Poniżej zamieszczam jeszcze niedawno opublikowany w Sieci tekst prof. Trznadla, który może stanowić uzupełnienie wywiadu:

MASKIROWKA W SMOLEŃSKU, A ZAMACH?

Jacek Trznadel, 30 kwietnia 2012

Od początku śledziłem pilnie wszelkie doniesienia o katastrofie smoleńskiej, utwierdzając się w przekonaniu o przeprowadzonym zamachu i dokonanej zbrodni. Po pewnym czasie zdałem sobie sprawę, że sądy wyrażane w dociekaniach śledczych pozaurzędowych, a przede wszystkim w trwającej na ten temat już prawie dwa lata, pełnej argumentów, dyskusji w Internecie, zaczęły się, polaryzować w dwu nurtach: nazwę je nurtem Antoniego Macierewicza i FYM-a.

Macierewicz opiera się przede wszystkim na analizie uzyskanej z ocalonych zapisów przyrządów pomiarowych Tupolewa. Z nieubłaganą logiką pragnie ukazać zaistniałą, wywołaną? katastrofę-zamach w jej przebiegu aż po dwie trzy sekundy przed uderzeniem samolotu o ziemię. Wszystko by się zgadzało, jeśli mieć pewność że przyrządy pomiarowe Tupolewa nie zostały zmienione, sfałszowane. Że zapisy nie zostały po katastrofie ustawione. Teza o podrzucaniu szczątków samolotu nie jest nowa. Czarne skrzynki należą do szczątków.
Macierewicz raczej nie uwzględnia dowodów przeciwnych. A nawet zdarzyło mu się podejrzewać „fymowców” o agenturalność! Wierzy w wartość wywodu opartego na aparaturze pomiarowej Tupolewa, i w analizie dzieli go już tylko kilka czy kilkanaście sekund od prawdy (dwa wstrząsy!). Ale czy zapisy pomiarowe, na których się opiera, są prawdziwe? Obrazowi po katastrofie Macierewicz się nie przygląda.

FYM ogranicza się do ukazania prostych spostrzeżeń z opisów, bez wniosków całościowych, bez polemiki z innymi nurtami. Ukazuje sprzeczności w widzeniu Siewiernego, jako miejsca katastrofy (pokaźna książka FYM’a „Czerwona strona księżyca”). Jest tu logika różnych spostrzeżeń i proste, prawie nie interpretowane cytaty o zdarzeniach, urastające do rangi dowodów. FYM nie tworzy logiki doprowadzonej aż do rozbicia się samolotu. Jest jak strażak, który nie widząc, co się pali, wnioskuje o tym z barwy płomienia.
Ta różnica między dwoma zasadniczymi wywodami uzasadniającymi zamach na polską delegację posiada pewne odniesienie do sposobu postrzegania Polaków. Od 1944 roku (choć i wcześniej) nasiliło się komunistyczne owijanie mentalności polskiej w wielowarstwowe kłamstwo polityczne i społeczne. Od Wschodu szło to fałszywe światło. Społeczeństwo wkuwało na pamięć fałszywą prawdę, że – jak to powiedział Józef Mackiewicz – czarne bywa białe, a białe to czerń. Reakcją na to była skłonność do wiary tylko w rzeczy bezpośrednio namacalne. Żąda się naiwnie naocznego świadka lub ostatecznego dokumentu…

A każdy świadek boi się śmierci. Na świadkach takich, nawet po latach, choćby znajdowali się pod ochroną na Zachodzie, wykonuje się egzekucje. Zaraz po ostatniej wojnie los Krawczenki, czy niedawny los Litwinienki, czy bliższy naszej historii a mniej znany los Iwana Kriwoziercewa (powieszony w Anglii) – ukazują kruchość życia współczesnego świadka zbrodni. A dokument? Pewne zamiary i rozkazy nie są dokumentowane na piśmie. Tylko utopijna wiara w wieczną niedostępność rozkazu katyńskiego przyczyniły się do powstania, a później obnażenia takiego rozkazu. Dziś niczego już nie ma na piśmie.

Społeczeństwo skłonne jest powątpiewać w dowody nie bezpośrednie, ale nie można z nich rezygnować. Na plaży bezludnej wyspy, gdzie na pewno były tylko dwie osoby, znaleziono ofiarę z nożem wbitym w plecy. Nie było świadków. Sędziowie nie wierzyli jednak w duchy. Wystarczyły okoliczności. Jednak ciała ofiar są zawsze konieczne, by mówić o zbrodni. Gdyby Tupolew prezydencki utonął w Bałtyku lub Morzu Czarnym, być może prawie wszystkie dowody pośrednie by zniknęły. Natomiast miejsce o sto metrów przed pasem na Siewiernym jest dostatecznie „rozległe”, by szukać na nim i z powodu niego innych dowodów. Mocnych poszlak fałszerstwa, a fałszerstw dokonuje od początku świata sprawca zbrodni, nigdy ofiara.

Nie wyrokuję, która droga prowadzi do prawdy. Jednak wszystkie spostrzeżenia pośrednie o zachowaniu się Tupolewa 154 M, mogą być uzależnione od sfałszowanych danych na rejestratorach lotu.

Spostrzeżenia FYM-a są zawsze pośrednie, ale pewne. Nie ma tu żadnej kalkulacji, matematycznych wzorów. Nie ukazują agresora naciskającego brutalnie na orczyk samolotu i każde z osobna dowodowo znaczy niewiele, ale zebrane razem, są wymowne.

Chciałbym podobne spostrzeżenia, zauważone przeze mnie a najczęściej skopiowane za tekstami FYM-a, po krótce wymienić. Nie odbudowuję tylko chronologii ich ogłaszania. Są tu i fałsze, ale fałsz może być poszlaką zbrodni lub świadczyć o jej zacieraniu. Z tych spostrzeżeń wynika dla mnie nieodparte przekonanie, że polska delegacja z Prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele zginęła w zamachu. Dodam tylko, że na tej samotnej wysepce, gdzie dokonał się polski dramat, spostrzeżono tylko tubylców dwu sąsiadujących szczepów.

NIEKTÓRE ELEMENTY NIE PASUJĄCE DO SIEWIERNEGO:
(większość uwag opiera się na zdjęciach)
Brak od początku ścisłego określenia chwili rozbicia się samolotu, choć stało się to tuż, nieledwie „na oczach”, a nie w odległym masywie górskim. A obok była wieża kontrolna! To gdzie indziej niespotykane.

Brak kokpitu Tupolewa.
Brak odnalezienia w pobliżu rozbitego tupolewa rozrzuconych ponad dziewięćdziesięciu zwłok i w tym właśnie miejscu zidentyfikowanych przez świadków (kordon służb rosyjskich).
Brak zdjęć (rzutu ogólnego i wybranych ujęć) zwłok koło rozbitego Tupolewa.

Brak zdjęć bagażu rozrzuconego wokół rozbitego samolotu.
Brak dowodu na wyciągnięcie z wraku lub znalezienie obok – bagażu z poświadczoną własnością któregoś z pasażerów.

Brak szczątków stu dwudziestu metalowych foteli, ewentualnie z przymocowanym do fotela indywidualnym pasażerem.
Ten brak zwłok i bagażu jest sprzeczny z całkowitym rozbiciem samolotu na drobne szczątki, nic przecież nie mogło pozostać „wewnątrz”.

Niedopuszczenie przez Rosjan do filmowania zwłok i rozbitego samolotu (casus Wiśniewski).
Bezsensowne opowieści personelu „ratunkowego” (pielęgniarki), o natychmiastowym oglądzie dziewięćdziesięciu zwłok.

Późne (odległe o wiele godzin) „dawkowanie” wiadomości o odnalezionych zwłokach (np. Prezydenta Kaczyńskiego). Czyżby nie znajdowały się „na miejscu” – i upływał czas „dowiezienia”?
Świeżo ucięte kołki, którymi podparte były niektóre szczątki Tupolewa.

Na fotografowanych szczątkach samolotu czasem kontrast mocno przytłumionego koloru czerwonego i fragmentów „świeżej”, ostrej czerwieni.

Mocno „odleżały” wygląd niektórych części wraku.
Bardzo liczne ogólnikowe relacje zewnętrznych świadków o spostrzeżeniu samolotu spadającego tuż obok Siewiernego. Analogia: relacja niemieckiego dokumentu o Katyniu (1943) zawiera zeznanie kilku świadków, relacja komisji Burdenki – około sześćdziesięciu. Z kolei komisja Burdenki okazała kilka dokumentów znalezionych przy zwłokach oficerów, międzynarodowa komisja powołana przez Niemców – wiele tysięcy dokumentów.

Niewydanie wraku przez Rosjan to nie tylko możliwa obawa przed stwierdzeniem na nim jakichś elementów wybuchu (poza paliwem), ale także takich cech wraku, że nie mógł on pochodzić z egzemplarza polskiego Tupolewa.

Dodajmy jeszcze:
Zauważam u publicystów i internautów wiele magicznej wręcz wiary, że Tupolew musiał się rozbić na Siewiernym (Macierewicz). Zwalczanie spostrzeżeń FYM’a.

Znane jest z literatury przekonanie rosyjskich władz, że na ogół dawana jest wiara najbardziej nieprawdopodobnym ich twierdzeniom (Mackiewicz).

Brak logicznego myślenia strategicznego u oceniających katastrofę, co było (i jest obecne do dziś) np. w spojrzeniu na zamach gibraltarski na gen. Sikorskiego. Historycy potrzebują jakiegoś dokumentu -podkładki. To wiara bardzo „wschodnia” (w Rosji usiłuje się teraz dowieść, że oryginał rozkazu mordu katyńskiego (odtajniony przez Jelcyna), podpisany przez Stalina, członków biura politycznego i rządu, jest fałszywką.

Na tle tego magicznego otumanienia ożywiona działalność publicystycznych łajdaków, nawet wśród pisarzy.


A jeśli była to MASKIROWKA!? Jeśli wylądowali gdzieś dalej? Chyba nie na Jużnym! Gdzie by to mogło być? Gdzieś na odległość posiadanej benzyny w baku? Nie wiemy.
Ale na pewno nie na jakiejś pustyni. Jest jednak jeszcze jedna możliwość, jeśli działano RAZEM I W POROZUMIENIU… Maskirowka mogła przecież mieć na celu tylko to: stworzyć iluzję, że Tupolew wyleciał z Okęcia i rozbił się w Smoleńsku!…

Więc upozorowanie katastrofy, której nie było? Przecież nikt nie był dopuszczony na pozorne miejsce katastrofy. Mijały godziny nim zostały zidentyfikowane poszczególne zwłoki. Dosyć czasu, aby dostarczyć je z Warszawy. Zapadał zmrok. Jeszcze raz: nie ma zdjęć zwłok rozrzuconych wokół szczątków tupolewa. Dziewięćdziesiąt sześć – to jest niemało. Ani jednego zdjęcia!!! Choćby z odległości 20-30 metrów. Zwłoki mogły być dostarczane z Warszawy do przystanku Siewiernyj w Smoleńsku, a potem do Moskwy…

Jacek Trznadel

(http://freeyourmind.salon24.pl/412847,wywiad-z-prof-m-dakowskim#comment_6065865)

P.S.

Dla przypomnienia: http://freeyourmind.salon24.pl/412847,wywiad-z-prof-m-dakowskim

http://www.youtube.com/watch?v=woBVVlTKeXw&feature=player_embedded (Tajne komplety z prof. M. Dakowskim)

Posiedzenie z udziałem moonwalkera (1)

10th Maj 2012 by FYM No Comments

Posiedzenie z udziałem moonwalkera (cz. 1)

Osobom, którym znana jest zakazana „Czerwona strona Księżyca” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-cz-1.pdf) (albo przynajmniej związany także z analizą zeznań „polskiego montażysty”, czyli moonwalkera S. Wiśniewskiego post „Godzina Batera” (http://freeyourmind.salon24.pl/380030,medytacje-smolenskie-6-godzina-batera)), nie muszę przypominać, iż wg mnie księżycowy filmik z „miejsca katastrofy” został nakręcony ca. kilkanaście minut wcześniej aniżeli oficjalnie się podaje. SW, zapewne chcąc wyjść naprzeciw potrzebom „fachowców wojskowych”, o których tak wiele mówi podczas przesłuchania, wprowadził (po wzięciu filmowych materiałów z prokuratury, która poprosiła go o ich „ulokowanie w czasie”) parametry dostosowane do „godziny Morozowa”, czyli ca. godz. 10.40 rus. czasu (pol. 8.40), którą na poziomie prokuratorskim wynegocjowano 10 Kwietnia nocą, na szczeblu międzynarodowym, jako „godzinę katastrofy”. Przypieczętowano potem tę godzinę (z drobną korektą na 10.41 rus./8.41 pol.) podczas badań radzieckich ekspertów z Moskwy i znad Wisły, którzy ze swą ekspedycją przybyli na ruski księżyc, by zlustrować krajobraz „po katastrofie”.

Korekta moonwalkera polegała zaś na tym, iż przesunął czas swojego przybycia na „miejsce wypadku” do przodu – tak by wyglądało, iż przybył później na pobojowisko, a nie wcześniej. Nie mógł bowiem, skoro i prokuratorzy, i potem radzieccy badacze, wyliczyli i wykazali niezbicie na podstawie najtwardszych ruskich danych, że „katastrofa polskiego prezydenckiego tupolewa” zaszła o godz. 10.40-10.41 (8.40-8.41), być na jej miejscu WCZEŚNIEJ (nawet, jeśliby był). Prędzej by bowiem uwierzono (nie tylko w gabinecie ciemniaków), iż to „polski montażysta” coś pokręcił aniżeli radzieccy prokuratorzy i badacze razem wzięci, toteż wiedziony zdrowym instynktem lub też zachęcony przez „fachowców wojskowych” (niewykluczone, że oba „czynniki” zadziałały równocześnie), moonwalker usadowił swoją księżycową wędrówkę 10 Kwietnia w paśmie czasowym: ca. 8.48/8.49 – 8.56 pol. czasu, biorąc poprawkę na to, iż potrzebował chwili na zastanowienie (co się właściwie stało i co się będzie dalej działo), przebranie, zgarnięcie niezbędnych rzeczy, wyjście z pokoju hotelowego, zejście na dół, dotarcie na pobojowisko, uruchomienie tam kamery i przestawienie trybu rejestrowania (po tym, jak pobliskie „drzewo symbolicznie strzeliło”).

Problem „ustawienia parametrów zegara kamery” był o tyle łatwy do rozwiązania dla „polskiego montażysty”, że – jak sam potem półgębkiem przyznał na jednym z forów (już po publikacji przeze mnie „Czerwonej strony Księżyca”) – 10 Kwietnia filmował pobojowisko siewiernieńskie BEZ danych czasowych. Czy to był kolejny szczęśliwy/nieszczęśliwy zbieg okoliczności, jak słynna rozwiewka we mgle nad ul. Kutuzowa, opisywana podczas sejmowego przesłuchania, w której to rozwiewce miał moonwalker widzieć z hotelowego okna „skrzydło skierowane pionowo w dół” , czy może nadzwyczajna przezorność Wiśniewskiego granicząca z jasnowidzeniem – to rzecz wciąż do wyjaśnienia (jak pisałem w mojej książce, nie można wykluczyć, iż moonwalker wcale nie wyłączył kamery, tylko kazano mu podczas rozmów z czekistami, wykasować fragment z tym, co się udało z okna sfilmować – niewykluczone też, że mgielny sitcom nie pochodzi z 10 Kwietnia po prostu).

Zadziwiać może jednak, iż nadwiślańska prokuratura nie zażądała od moonwalkera samej jego kamery, by sprawdzić, czy na jej twardym dysku nie ma śladów po tym, kiedy faktycznie była uruchamiana owego tragicznego dnia (i jak długo rejestrowała) – no ale ostatnią rzeczą chyba, jakiej spodziewalibyśmy się po naszych prokuratorach, byłaby ta związana z chęcią rozwiązania zagadki zbrodni na polskiej delegacji. Nie chcąc więc sobie komplikować życia i dodawać roboty, prokuratorzy wzięli po prostu za dobrą monetę ten materiał wideo, który Wiśniewski po swoich „uzupełnieniach” dostarczył. Do dziś zresztą nie wiadomo, czy były te filmy rzetelnie kryminalistycznie analizowane, a nawet jeśliby nie były, to przy trwającej już dwa lata, niekończącej się historii z depozytem ABW (z telefonami i innymi nośnikami elektronicznymi ofiar zamachu) nie powinno nas dziwić.

Zwracam na te w/w kwestie z moonwalkerem uwagę, rozpoczynając omówienia stenogramów z jego wystąpienia, ponieważ cała dramaturgia przesłuchania moonwalkera rozgrywa się w pierwszych kilkunastu, maksymalnie trzydziestu, minutach (od momentu, gdy świadkowi zostaje udzielony głos), w których Wiśniewski (czy dobrowolnie, czy pod czyimś przymusem – to znów kwestia do ustalenia) narzuca tę zdeformowaną (czasowo) narrację Zespołowi (i także nam). W momencie wszak, kiedy księżycowa wędrówka zostaje umiejsconiowa w pewnych ramach czasowych – całe przesłuchanie i cała analiza zeznań „polskiego montażysty” zostaje podporządkowana tymże ramom. Nietrudno się domyślić, iż jeśli te ramy są nieprawdziwe, to i przesłuchanie, i analiza tracą pod wieloma względami możliwość dotarcia do autentycznego przebiegu zdarzeń. Widać to zagmatwanie zresztą pod koniec przesłuchania, kiedy toczy się ten słynny dialog o przebierańcach w strojach strażaków. Min. A. Macierewicz sygnalizuje Wiśniewskiemu, iż zgodnie z oficjalną godziną, podawaną przez raport komisji Burdenki 2, o 10.48/10.49 rus. czasu nie powinno być jeszcze nikogo na „miejscu katastrofy”, zaś moonwalker bezradnie rozkłada ręce, tłumacząc się na zasadzie, której twardo się trzyma w swych zeznaniach, iż „on tylko filmował, to co było” (zaś, dlaczego było tak, jak było, to on nie wie – to powinni wyjaśnić „fachowcy wojskowi”).

W tych 30 pierwszych minutach przesłuchania (które zalecam obejrzeć każdemu, kto nie miał dotąd okazji ku temu) zawarte jest „wszystko” – i pokrótce opowieść o perypetiach moonwalkera, i jego dyskusja z blogerskimi interpretacjami (świadcząca, że „polski montażysta” pilnie śledził fora na swój temat), i fragmentaryczne prezentacje kilku różnych smoleńskich filmowych materiałów, i nawet kwestia filmowania przylotów 7 kwietnia 2010. To wszystko świadczy dobitnie, iż Wiśniewski przewidywał pewien scenariusz początkowej części spotkania z Zespołem i był do tego spotkania świetnie przygotowany. Pewne było, że na posiedzeniu powróci, jeśli nie stanie się wprost najważniejsza, kwestia moonfilmu, więc ten materiał „polski montażysta” miał pod ręką, od razu do jego odpalenia (i to z odpowiednimi „parametrami czasowymi”). Oprócz tego jednak, zauważmy, przyszykowany miał fragment wideo z… (ponoć) 11 kwietnia 2010 (prezentacja „pięknej pogody” i widoczności w słoneczny dzień) oraz z mgielnego sitcomu (z parametrami „7.19” pol. czasu).

O ile jednak moonwalker był przygotowany, o tyle Zespół nie za bardzo wiedział, w jaki sposób tak ważnego świadka gruntownie przesłuchać – członkowie Zespołu zasypywali Wiśniewskiego pytaniami na przeróżne tematy (niejednokrotnie odbiegające od siebie), a przy tym nie dysponowali jakąś specjalistyczną analizą moonfilmu ani wcześniejszych zeznań/wywiadów „polskiego montażysty” – tak by dopytywać moonwalkera o istotne detale, a nie pozwalać mu swobodnie zakreślać ramy opowieści. Warto zaznaczyć, iż zrazu, tj. w pierwszych chwilach, Wiśniewski przyjmuje pozę „chłopka-roztropka” – drapie się po brodzie, twierdząc skromnie (jako dotychczasowy najważniejszy świadek z 10-04 przecież!), iż nie za bardzo wie, co i jak opowiedzieć, tak więc woli odpowiadać na pytania. Parlamentarzyści zaś, zamiast poprosić, by zwyczajnie zrelacjonował na początek (chronologicznie) to, co robił od wstania 10 Kwietnia z hotelowego łóżka po czas oddania materiału z Siewiernego polskiej telewizji, stwierdzają, że w takim razie obejrzą moonfilm, który z kolei Wiśniewski będzie zagadywał co parę sekund, od razu narzucając interpretację poszczególnych jego fragmentów. Co więcej, nawet podczas tego moonwlkerowego zagadywania, niektóre interesujące wątki, jak choćby kwestia kilku autokarów przy Siewiernym, w których, zdaniem „polskiego montażysty”, czekały jakieś delegacje na przylot polskiego Prezydenta, zostaną zupełnie pominięte, natomiast nie będzie brakowało w całym posiedzeniu powrotów do rzeczy już parokrotnie na nim omówionych (jak choćby kwestia tego, co Wiśniewski widzieć miał w mgielnej rozwiewce), tudzież elementów komicznych, jak cyrk z przewijaniem na telebimie mgielnego sitcomu.

W ten sposób więc zimowe (2011) posiedzenie Zespołu, które mogło być przełomowe dla całego śledztwa (choćby z racji wiedzy, jaką można było wydobyć i z Wiśniewskiego, i z jego dokumentalnych materiałów bezwzględnie wymagających kryminalistycznej analizy) – i które powinno było zapoczątkować cały cykl dalszych przesłuchań, np. z wymienianymi przez moonwalkera dziennikarzami, stanowiło jedynie zamknięcie szeregu spotkań z kilkoma smoleńskimi świadkami. Dziś zaś, a więc ponad rok od tamtego posiedzenia, nie widać, by cokolwiek w pracach Zespołu się w tej materii zmieniło. Nowych przesłuchań świadków jak nie było, tak nie ma i nie wiadomo, czy będą.

Wróćmy jednak jeszcze do samego „polskiego montażysty”, nim oddamy mu głos. Jest kilka spraw w jego „smoleńskiej historii”, które nadal budzą znaki zapytania. Po pierwsze ta, że w ogóle udało mu się przeżyć księżycową wędrówkę, czyli że, mówiąc obrazowo, symbolicznie nie przygniotło go jakieś drzewo jako „przypadkowego przechodnia”. Po drugie ta, że (przynajmniej oficjalnie taka jest wersja) NIE nagrał momentu „katastrofy”, mając w ręku kamerę i stojąc w oknie, gdy dochodziło do Zdarzenia – początek moonfilmu jest dziwny, tak jakby nie były to pierwsze sceny materiału dokumentalnego (kamera skierowana do dołu i dopiero po chwili uniesiona w górę – brak jakiegokolwiek śladu po dobieganiu Wiśniewskiego na pobojowisko). Po trzecie ta, że A. Wosztyl w prokuraturze miał zeznać (wg ustaleń L. Misiaka i G. Wierzchołowskiego – „Nowe Państwo” 3/2011), że „słyszał silniki tupolewa” o 8.35, zaś o tejże godzinie na mgielnym sitcomie (oczywiście jeślibyśmy się trzymali parametrów wprowadzonych przez Wiśniewskiego) nie słychać silników tupolewa (oczywiście w tym wypadku nie tylko mgielny sitcom może mieć – jak sugerowałem na początku notki – przesunięte dane „zegara kamery”, ale i Wosztyl, po rozmowie z „fachowcami wojskowymi”, może podawać błędne dane).

Po czwarte wreszcie ta, że „polskiego montażysty” nie przesłuchiwały ani ruska, ani warszawska komisja – nie stał się „megagwiazdą” mediów, bohaterem talk shows, nie trafił na rozkładówki kolorowych magazynów jako jedyny naoczny polski świadek „smoleńskiej katastrofy”. Dlaczego nie? Jeśli przypomnimy sobie jego gorączkowe relacje spod bramy smoleńskiego lotniska, to już mamy pierwszą odpowiedź – Wiśniewski widział „nie tę” katastrofę, nie za bardzo więc nadawał się na takiego „bohatera dnia”. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę to, że żadnej lotniczej katastrofy na Siewiernym nie było, to mamy drugą i chyba najważniejszą odpowiedź. Rzecz jasna, to że nie było katastrofy wcale nie przeszkodziło badaczom w badaniach jej przebiegu oraz skutków – no ale to osobna historia w rozwoju nauk radzieckich.

Przenosimy się więc na (najciekawsze w historii) posiedzenie Zespołu:

www.youtube.com/watch?v=ctNcvVAqLUk

21’40” (materiału) AM: „Proszę bardzo, oddaję panu głos. Proponuję, żeby po pana relacji, bądź w momencie, w którym pan (…) uzna za stosowne, żeby ją przerwać, przejdziemy do pytań i później, jeśli pan będzie chciał bądź w odpowiedziach uzupełniać poszczególne fragmenty, bądź całość, jakąś wyodrębnioną część wypowiedzi kontynuować, to oczywiście będzie pan miał taką możliwość. Także gdyby pan chciał swoją wypowiedź ilustrować fragmentami czy większymi całościami filmowymi, to jest sprzęt do pana dyspozycji i proszę tylko tutaj informować naszą obsługę techniczną, że chce pan część do części filmowej. (…)

SW (podrapawszy się po brodzie) (poza mikrofonem): „Dziękuję uprzejmie, tylko przyznam się szczerze, że, no, nie za bardzo wiem od czego…

(gwar)

AM: „Proszę do mikrofonu.

SW: „On jest w ogóle włączony?” (wyciąga bezprzewodowy mikrofon ze statywu) „O, chyba działa. Yyy… przyznam się szczerze na dzień dobry, że za bardzo nie wiem, od czego zacząć, bo to, co mówiłem, wielokrotnie opisywane było i powtarzane w mediach, wielokrotnie było to emitowane w różnych stacjach telewizyjnych – tak więc przyznam się szczerze, no, cóż tu jest, cóż tu ja mogę więcej powiedzieć? To, co było, to, co się stało, to, co widziałem – zrelacjonowałem. To, co udało mi się nagrać, zarejestrować…”

AM: „Panie redaktorze, jeśli pan woli formę…”

SW: „Montażysta, montażysta…”

AM: „Pytań…”

SW: „…nie jestem redaktorem, jestem montażystą.” (uśmiech)

AM: „…to… Jeżeli pan woli formę pytań od początku, to możemy taką…”

SW: „Będzie mi łatwiej (niezr.)

AM: „…formułę przyjąć bez pana wypowiedzi, że tak powiem, swobodnej, do której będziemy się ustosunkowywać pytaniami, tylko rozpocząć od, od pytań.”

SW: „To będzie mi wygodniej, bo w tym momencie tyle jest kwestii, tyle jest pytań – każdy ma swoje jakieś (odkaszlnięcie) wyobrażenie o danej sytuacji, każdy ma jakieś zdanie na ten temat. Tak więc powiedzenie jednym zdaniem czy dwóch na temat, co by wszyscy chcieli wiedzieć – niestety, nie potrafię czegoś takiego zrobić.”

(W ten sposób moonwalker „ustawia sobie” najważniejszą, początkową część posiedzenia – przyp. F.Y.M. Zwolnienie go z obowiązku zrelacjonowania po kolei, co się działo rankiem 10 Kwietnia w hotelu Nowyj (czy np. Wiśniewski gdzieś wychodził? Czy z kimś się widział? Czy z kimś rozmawiał? Czy ktoś go widział, kto mógłby być następnie wezwany do złożenia zeznań? Itd.) – zapewnia „polskiemu montażyście” komfort w takiej postaci, iż jako świadek może się on zdać na wiedzę (a częściej niewiedzę) przesłuchujących go parlamentarzystów. Innymi słowy – nie musi od razu opowiadać czegoś, co mogłoby wywołać lawinę pytań lub odsłonić jakieś kulisy wydarzeń – tylko swoją relację dostosowuje do tego, co jego interlokutorom uda się w trakcie posiedzenia ustalić.)

AM: „Świetnie. Zgłasza się do głosu p. przewodniczący Zieliński. (…)”

Zieliński: „Jeśli można prosić, to może byłoby dobrze, gdybyśmy najpierw zobaczyli materiał filmowy, a potem łatwiej byłoby formułować pytania, ponieważ…”

SW (kiwa głową)

Zieliński: „…my dosyć dużo już rozmawiamy na kolejnych spotkaniach i nie tylko, także podczas dyskusji medialnych o tej jakże straszliwej sprawie i w związku z tym na pewno byłoby łatwiej, gdybyśmy zobaczyli dokument, a potem (…) moglibyśmy zadać pytania. Jeżeli pan by się zgodził, to proponowałbym.”

(Z tego można wywnioskować, iż SW nie przekazał Zespołowi materiałów wideo PRZED posiedzeniem – przyp. F.Y.M. Czy przekazał PO, też nie wiemy. Jedynie więc zrzucił i upublicznił swoje materiały na YT i tam śledził komentarze (tudzież w blogosferze) oraz wstępne analizy tychże filmików – będzie się do tych dyskusji odnosił, jak wspomniałem, w swym wystąpieniu. Co gorsza, parlamentarzyści nie poprosili montażysty, by podczas emisji niczego nie komentował, tylko, by wszyscy spokojnie mogli cały materiał obejrzeć – potem zaś go oglądać ponownie z ewentualnymi komentarzami, pytaniami etc. W ten zaś sposób znowu dali świadkowi okazję do narzucenia narracji, jak bowiem zaraz zobaczymy – tenże SW, mimo iż jeszcze chwilę temu zapewniał, że właściwie to nie wie za bardzo, co i jak opowiadać, tu rozgada się na dobre i każdy detal zacznie wyjaśniać tak, jak mu będzie narracyjnie pasować. Gdyby tego było mało, szef Zespołu, zamiast dopytać o szczegóły związane ze wprowadzeniem parametrów czasowych do materiału wideo, uzna po prostu, iż te parametry są prawdziwe i potraktuje je jako układ odniesienia do dalszych rozważań. W ten sposób pierwsza runda zostanie przez Wiśniewskiego wygrana.)

SW: „Proszę bardzo, to zacznijmy od tego właśnie mmm…”

AM: „Proszę bardzo, zacznamy w takim razie od materiału filmowego.”

SW: „…który wszyscy już chyba dawno tyle razy oglądali, tak więc tu tego… Pozwoliłem sobie akurat tutaj zaprezentować ten fragment tego…” (moonfilm już jest emitowany na telebimie, co znaczy, iż był przygotowany do emisji – przyp. F.Y.M.) materiału, ale z datą i z godziną, żeby łatwiej było się do tego odnosić. Proszę uprzejmie. O, nie wiem, czy ten… I tu o, pozwolę se zrobić taką krótką przerwę…” (raptem po paru sekundach prezentacji – przyp. F.Y.M.) „…bo tu było, wyszły, padało wiele zarzutów w stosunku do mnie, jako do montażysty, że ten materiał jest zmontowany. Tu chciałem takie sprostowanie: otóż mianowicie nie został zmontowany, tylko wcześniej nagrywałem w innym sys… tego, w longplayu, przełączyłem na inny standard, żeby mieć lepszą jakość materiału. Tak samo, jak niektórzy sugerowali, że trzask, który było słychać w tle, to że ktoś do mnie strzelał albo coś się działo, albo jakaś eksplozja, albo coś podobnego. Nie, nic z tych rzeczy, po prostu, może wydać się komuś to banalne i dziwne, a to po prostu strzelało płonące drzewo. Trzask pło-, normalnie, płonącego drzewa.”

(Jak widać z powyższego monologu, SW konstruuje od razu pewien sposób interpretowania moonfilmu – tak by oglądający ten materiał wideo z góry wiedzieli, co i jak odczytywać – przyp. F.Y.M. Co więcej – niepytany przez nikogo, od razu deklaruje, iż dokument nie był montowany.)

AM: „Przepraszam, jeżeli jesteśmy przy tej kwestii, czy mógłby pan przywołać w takim razie, ten moment (…), żebyśmy się wszyscy mogli o tym płonącym drzewie, które…”

SW: „Już za chwileczkę, tu akurat…”

AM: „…pan tak dokładnie opisał, przekonać.”

SW: „Proszę spojrzeć, tu akurat jest jakby pos… widok na wprost i za chwilę przejedziemy w prawo (jacy „my”, skoro filmował sam? – przyp. F.Y.M.) i jedno z tych drzew tutaj z prawej strony, które płonęło, tak symbolicznie po prostu strzeliło w tym momencie.”

AM: „Ale ten dźwięk, ten moment, w którym jest ten dźwięk.”

SW: „Tu akurat… No tu może być trudno… bo nie wiem, czy akurat to jest aż tak… to nie, tu akurat tego…” (dźwięk strzału) „O! Taki był, o, było słychać takie, takie „trz!”, takie strzały. To było właśnie niby… Ten dźwięk strze…, że ktoś strzelał niby do mnie, to po prostu płonę-, strzeliło, strzelało płonące drzewo… (na telebimie migawka z czarną skrzynką – przyp. F.Y.M.) To jest akurat element charakterystyczny, który znale- (?). Niektórzy zadawali mi dość wydaje… dla mnie dość niezręczne pytanie, dlaczego nie wziąłeś tej czarnej skrzynki (śmiech). No, pomijając, że jest to dość ciężki element, a po drugie bieganie z czymś takim i robienie zdjęć jest niewygodne. To trzeba podjąć jakąś decyzję – albo ro-, kręcę jakiś materiał – albo zbieram np. szczątki na pamiątkę albo jako dowód, ale w tym momencie, mając świadomość, że to jest ros. lotnisko, no i jakaś katastrofa – mówię jakaś, to wcale nie obraża nikogo i niczego, bo ja dopiero później, będąc już zatrzymanym, miałem świadomość… jakiego zdarzenia, jakiego, jakiej katastrofy jestem świadkiem.”

(I zaczyna się rozmowa o parametrach czasowych – przyp. F.Y.M.)

AM: „Przepraszam, jeżeli mogę się zapytać – te cyfry, które są po prawej stronie obrazu, to są cyfry…?”

SW: To jest data nagrania i godzina nagrania ustawiona wg zegara ka, kamery, tam może się różnić to mniej więcej, około pół minuty z czasem rzeczywistym… Yyy… Komisja, która badała moje materiały filmowe, stwierdziła, że ten czas jest na tyle wiarygodny, że właśnie komisja Mil-, pana Millera, yyy, użyła to jako odniosienia do swojej prezentacji właśnie też mojego materiału zrealizowanego wcześniej kamerą, która stała i nagrywała pogodę przez okno.”

(Szef Zespołu zamiast dopytać o to, skąd się wziął taki a nie inny „zegar” w kamerze, skoro była to inna strefa czasowa, a więc wydarzenie działo się (formalnie, oficjalnie) w innych godzinach – gwoli więc ścisłości powinno być osadzone w realiach „tamtejszych”, nie zaś polskich – przyjmuje te wyjaśnienia moonwalkera bez najmniejszego oporu i zaczyna własny monolog – przyp. F.Y.M. Chciałoby się jednak zapytać: a na jakiej podstawie „komisja Millera” mogła uznać czas wprowadzony przez Wiśniewskiego za wiarygodny do tego stopnia, by stanowił układ odniesienia do innych wydarzeń? Jak się przecież potem podczas posiedzenia okaże, moonwalker będzie miał spore trudności z zaprezentowaniem obu podejść iła-76 na mgielnym sitcomie, zaś co do faktu zarejestrowania (przez siebie) lądowania jaka-40 w ogóle będzie miał wątpliwości.)

AM: Jeżeli można, ta sprawa jest jedną z ważniejszych, dlatego też pozwalam sobie jeszcze na chwileczkę pytania i komentarza do tej kwestii. Ustalenie rzeczywistego czasu wydarzeń, to jest jedna z większych, jeden z większych problemów przy tej tragedii. Jak państwo świetnie pamiętacie, przez bardzo długi czas żyliśmy w przekonaniu, że tra-, że katastrofa wydarzyła się o godz. 8.56. Utrzymywano blisko miesiąc społeczeństwo polskie i nie tylko w takim przekonaniu, w sytuacji, w której prokuratorzy ros. w obecności prokuratorów pol. już o godz. 23. wieczorem 10-04, ocenili, że katastrofa miała miejsce o godz. 8.40. No, dzisiaj przesunięto to na 8.41, a… świadectwa zgonu wydawano z godz. 8.50, .51, .55 – tutaj (chodzi o migawkę moonwalkera – przyp. F.Y.M.) zdjęcie czarnych skrzynek (chyba jednej – przyp. F.Y.M.) jest o 8.50.01 – to jest o tyle istotne, że oficjalny komunikat o znalezieniu czarnych skrzynek…

SW (kiwa głową)

AM: „…to jest godz. 16.”

SW: „A ja już je mia-, chodziłem po nich (?)…”

AM: „To jest godz. 16., a ten film w telewizji ros. był emitowany już o godz. 12.27 czasu ros. Więc taka (…) jest sytuacja, sekwencja. To ma niesłychanie istotne znaczenie dla zabezpieczenia i oryginalności materiałów z czarnych skrzynek, którymi się po dzień dzisiejszy państwo pol. i opinia publ. posługują w sytuacji, w której nie mamy dostępu i nie możemy zweryfikować, czy te czarne skrzynki, w jakim stanie są ich nagrania. (…)”

SW: „Więc nawiązując do tematu już poruszonego, czyli tzw. czarnej skrzynki, która wbrew pozorom nie jest czarna tylko pomarańczowa, ale to chodzi o czarne godziny – rzecz w tym, że przecież, jak pan wspomniał, o 12. było czasu ros., ale przecież mój materiał był mniej więcej wyemitowany w świat – mniej więcej pół godziny, jak nie więcej, nie więcej niż godzinę po moim zatrzymaniu, bo akurat dzięki życzliwości osób trzecich, jak już (?) udało mi się stamtąd wydostać, to przecież emitując przez wóz nasz satelitarny, poszło to w świat o wiele wcześniej, czyli nie tylko ros. służby już miałyby jaką-…, przecież skądś wzięli ci ludzie ten materiał. Bądź co bądź, nie oszukujmy się, po prostu go ukradli – w uznaniu, że to jest ich. Bo podpisuje Russia Today np. czy Russia 24 twierdzi, że to jest ich materiał, przez nich, przez nich zrealizowany…”

AM: „To istotna kwestia…”

SW: „To tak na marginesie.”

AM: „Czyli krótko mówiąc, pan nie przekazywał – czyli pan nie przekazywał żadnej konkretnej firmie, stacji, tego materiału na własność, tak?”

SW: „Znaczy jedyna konkretna firma, której przekazałem, to jest moja firma, dla której pracuję, czyli TVP „Wiadomości”, przy okazji Info itd., itd., bo takie jest poczucie obo-, mojego obowiązku zawodowego, że jeśli mam materiał, no to przecież nie, nie sprzedam go jak miałem propozycję od Russii Today za 30 tys. dolarów, tylko po prostu oddaję swojej firmie, dla której pracuję i dla której bądź co bądź, wcale się tego nie wstydzę, to… nie powiem, że zrobiłem z myślą o konkretnej firmie, ale jest to potrzeba, no… podejrzewam, że każdy z nas by to zrobił.”

AM: „Czy mógłby pan przybliżyć, o której mniej więcej godzinie TVP otrzymała ten film? To ze względu na dalszy bieg wydarzeń naprawdę jest istotne.”

SW: „To troszeczkę jest za trudne pytanie, bo w tej chwili nie pamiętam, bo będąc jednak, nie oszukujmy się, jednak i w pewnym stresie, i, no, trochę jednak i szoku, i… która, która to była godzina – nie powiem, bo nie mam takiej wiedzy. Musiałbym poprosić kogoś, żeby sprawdził z tzw. szpiega, czyli podglądu tego, o której materiał przyszedł do… do… na… do firmy, czyli na Plac Powstańców. Tak więc trudno mi powiedzieć, czy to było godz. 8.50 czy 9.20 – nie chcę takich godzin podawać – po prostu nie wiem. Nie…”

(Czy moonwalker w tym miejscu zaczyna posługiwać się kodem księżycowym, czy po prostu plecie trzy po trzy? Co miałaby oznaczać godz. „8.50” jako czas przekazania materiału wideo do wozu transmisyjnego? – przyp. F.Y.M.)

AM: „(…) 12.27 czasu ros., prawda, to jest godz. 10.”

SW: „10…”

AM: „10.27 czasu pol.”

SW: „Podejrzewam, że sporo wcześniej.”

AM: „O 12.27 ten film jest emitowany w ogólnoros. dzienniku telewizyjnym.”

SW: „Podejrzewam, że spokojnie godzinę wcześniej powinno być w Polsce.”

AM: „Rozumiem, dziękuję bardzo.”

(Czyżby więc ok. 9.30, a więc, gdy pierwsze podawano wieści o „problemach z lądowaniem”, TVP miała już materiał moonwalkera? I trzymała go pod kloszem przez blisko godzinę, a więc do ca. godz. 10.27? To by dopiero była historia warta śledztwa – przyp. F.Y.M.)

SW: „Nawet zakładając, że byłem zatrzymany około godziny – to jest godzina 9., a wydaje mi się, że to było krócej niż godzinę – tak więc mówię: nie chcę podawać godziny, nie chcę podawać informacji takiej, po prostu, nie mam takiej wiedzy. Nie chciałbym nikogo wprowadzić w błąd. (…)” (dalsza projekcja moonfilmu – przyp. F.Y.M.) „…Wiele osób mnie pytało, dlaczego robiłem w tą stronę, a nie w tamtą stronę – dlaczego… nie udałem się, powiedzmy, w przeciwnym [kierunku], widząc, że tam są ludzie, czy strażacy, czy jakieś inne służby… Po prostu, powód był banalny, po prawej stronie było takie błoto, że nie dało się przejść – tym bardziej, że tam są mokradła. Po prostu zwyczajnego… miałem do wyboru: albo zrobić zdjęcia teg-, tej części, nie mając możliwości – mając świadomość, że nie dojdę tam, gdzie jest, powiedzmy, sedno (?) – i właśnie starałem się wybrać się taką drogę, która po prostu normalnie no po ludzku dała się przejść… Też nie mogłem pójść w prawo, bo tam byli… już w międzyczasie pojawili się strażacy, którzy po prostu leli wodą czy czymś tam, jakimś środkiem gaśniczym, a kąpiel w takiej temperaturze nie jest taka za… nazbyt miła.”

(Ten ostatni zwrot, mimo że całkiem dowcipny – zupełnie nie pasuje do powagi sytuacji – moonwalker (świadomie lub nie) zdaje się zapominać, iż opowiada, jakoby wszedł na miejsce katastrofy prezydenckiego tupolewa, gdzie miało (wedle oficjalnej wersji) leżeć blisko 100 ciał, a nie, że wpadkował na jakieś przypadkowe ruskie ćwiczenia strażackie, na których mógłby zażyć przypadkowej kąpieli – przyp. F.Y.M. Takich humorystycznych elementów w jego opowieściach będzie jeszcze na owym posiedzeniu sporo.)

SW: „(…) Też jest pytanie, jaka była pogoda, jaka była widoczność – dlaczego, też było pytanie, no, prawie się nic nie pali, to też jest dość dziwne, bo przecież samolot, yyy, miał co najmniej 10 t paliwa, przecież przy takiej ilości tego paliwa, to powinno to wszystko zdmuchnąć. No przecież wiadomo, że jak nawet widzimy na obrazkach czy gdzieś w rzeczywistości, jak wybucha zbiornik samochodu, pal-, zbiornik paliwa w samochodzie osobowym, no to jest słup ognia taki, że daj Boże zdrowie – a tu jak widziałem przez okno: ten słup był stosunkowo niewielki. Dlatego byłem przekonany, biegnąc tym z kamerą, żeby…, żeby zobaczyć, co się stało, że to był jakiś samolot mały, jakiś powiedzmy wojskowy, powiedzmy, jakiś szkoleniowy albo coś podobnego. Dlatego też, było później słychać mój komentarz, taki mało wyszukany, niestety, przepraszam, wymsknęło mi się, bo zobaczyłem, że to jest nasz polski samolot. To już w ogóle w tym momencie nogi mi się ugięły pode mną – no bo… no nie jest nic takiego miłego zobaczyć rozbity nasz, polski samolot. Jednak… człowiek ma coś takiego, jak poczucie, właśnie…

I nawet słychać po moich tych odgłosach stękania, że tam nawet po prostu nie dało się normalnie iść. I widać, że tam jest błoto – prawdopodobnież jeszcze dodatkowo yyy… ten teren został przeorany skrzydłem, które było pionowo w dół – prawdopodobnież jeszcze elementami samolotu i pomijając to, że tam jest, widać, mokradła, jest, jest to bagno prawie że i to jest jedno wielkie błoto.

I to jest, to też jest zastanawiające, co wielokrotnie, wiele osób mnie też pytało – dlaczego tam było tak cicho… Nawet ptaki nie ćwierkały (właśnie że ćwierkały – przyp. F.Y.M. – co nietrudno dosłyszeć na ścieżce dźwiękowej moonfilmu). Nawet widać połamane są drzewa i faktycznie rzecz biorąc, się nic nie pali. Dopiero po jakimś czasie widać tam w głębi migają światełka – nie wiem czy to się da załą-, tu gdzieś mniej więcej (pokazuje kursorem na obrazie zatrzymanym na telebimie – przyp. F.Y.M.) to przyjechała straż pożarna. Dlaczego oni przyjechali tak późno, mimo tego, że byli tak blisko? Rzecz w tym, że prawdopodobnież i była sy… później pytałem tego strażaka – bo oni myśleli, że się zdarzył wypadek na szosie. Tam jest zaraz szosa wylotowa ze Smoleńska. I ta straż jechała tą szosą (oczywiście – samolot spadł na łączce paręset metrów od remizy, a straż wyjeżdża do wypadku, który zdarzył się na szosie przyp. F.Y.M.), a tam nie da się po prostu zjechać, bo jest dość wysoki, wysoki jest nasyp. Chcę po… (?) I musieli zawrócić i pojechać od strony lotniska. Tutaj mniej więcej w lewo (pokazuje kursorem na drzewach) jest brama główna lotniska (główna? Czy boczna? – przyp. F.Y.M.).

(Niestety, wątek tej rozmowy SW ze „strażakiem” nie zostanie zbadany na tymże posiedzeniu – przyp. F.Y.M. Nie wiemy zatem, czy moonwalker konwersował, gdy został zatrzymany, czy też pod bramą, czy też w jakichś zupełnie innych okolicznościach. Tak czy tak na pewno takiej rozmowy nie ma na moonfilmie)

(Poseł Jaworski): „Przepraszam, mam jedno pytanie: jaka jest rzeczywista odległość wg pana, bo pan zna tą kamerę, do tego ostatniego drzewa?” (chodzi o migawkę w panoramą pobojowiska z wczesnych sekund moonfilmu – przyp. F.Y.M.)

SW: „Do tego?” (pokazuje dwupienną brzozę w zonie Koli – przyp. F.Y.M.)

(Poseł Jaworski): „Czy tam dalej nawet, głębiej jeszcze. Chodzi o widoczność.”

SW: „Czyli gdzieś tutaj mniej więcej.” (pokazuje kursorem drzewa przy drodze do zony Koli – przyp. F.Y.M.)

(…)

SW: „No to, to można mniej więcej ocenić, że to jest wg… moim skromnym zdaniem to jest odległość nie więcej niż 200 m w linii prostej. Bo to jest odcinek, który, tak o… 200 m – to jest na pewno nie więcej niż, na pewno nie więcej niż 300. To jest na pewno, bo to jest… Tym bardziej, że patrząc, porównując wielkości zniszczonych części samolotu. Można, to można odnieść do tego.

(dalsza projekcja moonfilmu – przyp. F.Y.M.) To nawet widać, że się już troszeczkę – jest tak jakby, nazwijmy nieładnie, coś się dzieje. Już strażacy przyszli, przyjechali na miejsce zdarzenia. Tu też widać fragmenty czegoś, powiedzmy sobie, jakichś, przepraszam za określenie, szmat, czy innych śmieci (proszę zwrócić uwagę – moonwalker mówi o szmatach, a nie np. o czyimś ubiorze widzianym pośród szczątków – przyp. F.Y.M.) - to też mi trudno jednoznacznie powiedzieć, czy to są sz-, fragmenty z rozbitego samolotu, czy…, no… Tam, mówiąc delikatnie, no… był jeden wielki śmietnik! Tym bardziej, że – przepraszam za śmiałość – ale Rosjanie nie należą do narodu bardziej powiedzmy sobie dbającego o środowisko naturalne. Tam po prostu śmietn-, tych śmieci różnych, puszek i innych elementów było bardzo dużo.

Też to w jakiś sposób niektórzy internauci dopatrywali się, że tu jakieś są gdzieś fragmenty ludzkie, jakieś, jakieś inne elementy, które… (pojawia się migawka ze statecznikiem – przyp. F.Y.M.). Ten dziwny dźwięk, który w tej chwili słychać w tle, to jedzie właśnie jed-, straż pożarna, oni mają takie właśnie, charakterystyczny sygnał (chodzi o takie warczące odgłosy – tymczasem – co warto przypomnieć – ani przez chwilę nie słychać na moonfilmie dźwięku przypominającego syrenę z filmiku Koli – przyp. F.Y.M. Posłowie zresztą nie dopytują Wiśniewskiego o ten dźwięk podczas posiedzenia). I to też akurat ktoś tu sugerował, że w tych okolicach… było też pytanie, dlaczego nie widziałem… właśnie typowych rzeczy dla katastrofy lotniczej – typu np. rzeczy osobistych, rzeczy najbardziej strasznej i tragicznej, czyli ludzkich szczątków? Tu to jest małe prawdopodobieństwo, żeby coś takiego było można znaleźć z racji tego, że to jest część, nazwijmy, techniczna samolotu, czyli usterzenie, silniki itd. itd.”

(…)

(Poseł Wojtkiewicz): „W głąb tych zdjęć to jest w stronę lotniska?” (cały czas zatrzymany jest kadr ze statecznikiem – przyp. F.Y.M.).

(Ktoś z sali): „Bramy lotniska.”

SW: „Yyy… Już mówię – to jest mniej więcej” (trzyma kursor nad leżącym statecznikiem między drzewami, mniej więcej w środku kadru – przyp. F.Y.M.) patrząc po zdjęciu satelitarnym(hm, tu ciekawostka – czemu mielibyśmy patrzeć „po zdjęciu satelitarnym”, skoro SW był na miejscu i dotykał wszystkiego własnymi rękami i widział własnymi głazami – przyp. F.Y.M.) „to jest to jakby w stronę lotniska, dlatego też ko-, komuś powiedziałem w jakimś wywiadzie czy w rozmowie, że jest szczęście w nieszczęściu, że ten samolot rozbił się akurat w tym miejscu. To nie to, żebym miał jakieś ironizowanie w stosunku do tego, tylko ka-, lecąc kawa-, jeśliby ten samolot skręcił troszeczkę w lewo, rozbiłby się na stacji benzynowej. Tam jest stacja obsługi samochodów i stacja benzynowa, no to tra-, tragedia byłaby zdecydowanie jeszcze większa. Jeśli poleciałby kawałek dalej do przodu, to… wpadłby na te samoloty, które stały zaparko-, tam jest lotnisko wojskowe, nie wiem, czy te samoloty były sprawne, czy niesprawne, puste, czy zatankowane – ale tam stały delegacje wszystkie, które czekały na przylot Pary Pre-, yyy, całej delegacji polskiej. Jeśli on by tam spadł, no to wtedy przepraszam, byłaby, no, mówiąc krótko: rzeź. Bo tam było ze-, nie wiem, z dwieście, może z… Co najmniej 5 autokarów, a w autokarze mniej więcej mieści się 50-60 osób, czyli byłaby po prostu więk-, po prostu wręcz masakra.”

(Opowieść o „co najmniej pięciu” autokarach przy Siewiernym jest zdumiewająca (nie tylko w kontekście zeznań M. Wierzchowskiego (http://freeyourmind.salon24.pl/401203,tajemnice-smolenska) i J. Sasina (http://freeyourmind.salon24.pl/403331,1-przesluchanie-sasina) (http://freeyourmind.salon24.pl/404659,2-przesluchanie-sasina-cz-1) (http://freeyourmind.salon24.pl/408456,2-przesluchanie-sasina-cz-2), ponownie analizowanych przez blogerów nie tak dawno) i stanowi swoisty test Zespołu, mam wrażenie – przyp. F.Y.M. Moonwalker zdaje się sygnalizować, że wie o lotnisku coś, co zupełnie kłóci się z oficjalną wersją wydarzeń z 10-04, ale też „między wierszami” dopytuje Zespół, czy sprawę należy publicznie rozgłaszać.

Jakie bowiem autokary w tak wielkiej ilości mogłyby czekać przy Siewiernym, skoro miało przylecieć – odliczając załogę – ok. 90 osób, z których i tak kilkoro miało jechać limuzynami, zaś dziennikarze odjechali dużo wcześniej osobnym autokarem? Zespół przy tej kwestii się nie zatrzymuje i nie zasypuje Wiśniewskiego pytaniami. A przecież cisną się same na usta. Gdzie i kiedy SW widział te autokary? Kogo w nich widział? Czy przed przylotem „dziennikarskiego” jaka-40 nie słyszał innych przylotów/innego przylotu? No i jak widok tylu autokarów miał się do położenia okien z hotelowego pokoju „polskiego montażysty” oraz do odległości między główną bramą a hotelem „Nowyj”? Czy SW oglądał pojazdy z hotelu (np. przy bocznej bramie), czy też zrobił sobie jeszcze poranny spacer wzdłuż lotniska?)

SW: „Czyli dobrze, że akurat tam spadł, przepraszam za takie, za taką dygresję, ale… to trudno powiedzieć, co by było gdyby, ale…”

AM: Mam wrażenie, że te autokary były puste, ale to…” (skąd miałby szef Zespołu cokolwiek o tych autokarach wiedzieć? – przyp. F.Y.M.)

SW: „Nie. Autokary były pełne.”

AM: „Tak?”

SW: „Tam było. Tam po prostu przyjechały delegacje, które yyy… No, co najmniej w trzech autokarach byli ludzie.”

AM: „Rozumiem.”

(…)

(Posłanka Sikora): „Chciałam zapytać pana – przepraszam, czy mogę abstrahować od tego filmu – (…) kiedy pan dokładnie przyjechał do tego Smoleńska i kto wydał panu akredytację? To znaczy rozumiem, że przyjechał pan (…) wysłany ze swojej firmy, na delegację” (pytanie dość osobliwe, bo posłanka od razu sama na nie odpowiada – przyp. F.Y.M.) „tylko dokąd zwróciła się TVP po akredytację? Czy to było do (…) urzędu premiera, czy urzędu ds. kombatantów? Kto wydawał te akredytacje dziennikarzom?”

SW: „Pani wybaczy, ale ja się nie inte-, ja się nie znam na tych sprawach.”

(Posłanka Sikora): „Pan tego nie wie, dobrze.”

SW: „Nie mam, nie mam, po prostu dostałem w pewnym sensie polecenie służbowe – znaczy, polecenie; no spytano mnie, czy pojadę, no a wiadomo, że i tak…”

(Posłanka Sikora): „Ja zaraz panu powiem, dlaczego ja pytam, dlatego, że wg słów świadków, dziennikarze (…) nie byli obecni na… jakby nie czekali na yyy… przylot samolotu, a przynajmniej… fotoreporterzy nie czekali na, na przylot samolotu.

(AM?): „Nie było prezydenckiej [ekipy]…”

(Posłanka Sikora): „Nie było ekipy. Oni ponoć czekali w… w Katyniu. Nikogo tam jakby – dziennikarzy tam nie było, fotoreporterów…”

AM: „To szczęście, że pan był na miejscu.”

(Posłanka Sikora): „Tak, że…, tak że…”

SW: „No ja dziękuję za takie szczęście.” (śmiech)

(Posłanka Sikora): „…jest pan dla nas, a myślę, że dla sprawy bardzo cennym świadkiem. Proszę mi powiedzieć zatem – przyjechał pan, rozumiem, tam dzień wcześniej…”

(Widać, że Zespół nawet nie ma danych dot. podziału dziennikarzyi obsługi medialnej imprezy z 7 kwietnia 2010 – przyp. F.Y.M.)

SW: „No sporo wcześniej, przyjechałem, pierw…, pierwsz[y] (?), bo przyjechała cała ekipa z polskiej telewizji. Przyjechaliśmy… dzień, w pierwszy dzień Świąt Boż-, yyy…, no…”

(Ktoś z sali): „Wielkanocy.”

SW: „Wielkanocy.”

(Posłanka Sikora): „Wielkanocy. Aa.”

SW: „Bo przecież obsługiwaliśmy też wizytę yyy… premierów.”

(Czyli część dziennikarzy i ludzi mediów tamte Święta spędzała w ruskim hotelu? Musiało być wesoło – przyp. F.Y.M.)

 

(Posłanka Sikora): „Jasne. Nie, to zrozumiałe.”

SW: „To już, to już wtedy byliśmy. Już wtedy…”

(Posłanka Sikora): „Jasne.”

SW: „…byliśmy zakwaterowani w tym hotelu Nowyj. Tak więc – można powiedzieć, dlatego, stąd też było pytanie: dlaczego akurat ustawiłem kamerę w tym kierunku…”

 

(To kolejny moment sejmowego posiedzenia, kiedy SW odpowiada na NIE zadane mu pytania – czyżby w ten sposób zdradzał iż na nie był przygotowany? – przyp. F.Y.M.)

 

(Posłanka Sikora): „Nie, nie, nawet nie.”

SW: „Bo dwa dni wcześniej przyleciały samoloty prezy… premierskie.”

(Posłanka Sikora): „Jasne, ja o tym, przepraszam, zapomniałam nawet.”

AM: Które pan filmował.”

(Posłanka Sikora): „Faktycznie.”

SW: Które też miałem filmować. I następne pyt… odnosząc się do pani pytania dotyczącej akredytacji. Kto wydaje takie akredytacje? Nie mam pojęcia, bo…”

(Posłanka Sikora): „Jasne.”

SW: „…ja jestem człowiek techniczny.”

(Posłanka Sikora): „Rozumiem, bo tutaj jest przerzucanie się jakby odpowiedzia…”

SW: „Nie…”

(Posłanka Sikora): „…lnością, kto organizował wizytę, wie pan, bo to jest dość ważne.”

SW: „O, to nie mam pojęcia, bo to…”

(Posłanka Sikora): „Rozumiem, myślałam, że pan ma takie…”

SW: „Nie, bo to akurat, ja… mam swoją… działkę.”

(Posłanka Sikora): „Jasne.”

SW: „Swoje tego. Mam przygotować sprzęt, przygotować się technicznie itd.”

(Posłanka Sikora): „A proszę…”

SW: „Wracając do pytania dziennikarzy, bo… postaram się tam, bo może później zapomnimy i może się pogubimy…” (w tym miejscu moonwalker przypomina samej posłance, o co na początku go pytała – przyp. F.Y.M.) „Byli dziennikarze przecież, którzy stali przy tym, przy tym, przy tym szlabanie, który tam na lotnisku był. Stąd wiem, że byli yyy… może wcześniej ich nie było, ale w tym momencie, gdy tam mnie zawieziono, zostałem zatrzymany, to widziałem przecież redaktora np. Batera, kolegę z TVN-u, który chciał ten materiał kupić, yyy, kilka osób chyba z portali internetowych. Tak więc dziennikarzy jako takich było co najmniej 10 osób. Na pewno ludzie mieli i mikrofony, mieli kamery, bo próbowali wbiec na to lotnisko, dowiedzieć się, o co chodzi. Nawet dlatego wiem, że byli dziennikarze, bo yyy… funkcjonariusz FSB, który w pewnym sensie opiekował się moją torbą i mną, yyy…, po prostu od-, nie pozwalał mi się komunikować z nimi i wymieniać jakichkolwiek informacji. Powiedzieli, ja-, zresztą akurat była też taka rozmowa, powiedzieli, jak narozrabiałeś, to cierp.”

()

(Tu szef Zespołu przypomina, by się trzymać w dyskusji treści moonfilmu, nie zaś by dopytywać o wątki nie związane z materiałem wideo – przyp. F.Y.M.)

 

(Posłanka Szczypińska): „(…) Tutaj oglądając ten film, widzimy, że widoczność jest całkiem niezła i tej, tej mgły, o której była mowa przy, przy katastrofie, my tutaj nie obserwujemy, no i mam pytanie, jak pan odebrał, przedzierając się przez (…) te bagna czy mokradła, czy wówczas miał pan problemy no z zobaczeniem, czy (…) widział pan tą mgłę? Czy ona wtedy była? Bo to jest godz. 8.50, więc moment zaraz po katastrofie…

SW: „Proszę uprzejmie. I nie wiem, czy akurat pani miała przyjemność oglądanie relacji z konferencji p. Millera. Tam akurat też był mój materiał, który pokazywał, jak gęsta była mgła. Jeśli z odległości mniej więcej 300 m – no, powiedzmy 400, no, nie będziemy się tu targować, bo tu nie o to chodzi – widać tylko zarys samolotu wielkości ił-76, a jest to naprawdę duży samolot…”

 

(Ta zawiła odpowiedź nie jest na temat – przyp. F.Y.M. Szczypińska pytała o widoczność po przybyciu na „miejsce katastrofy”, zaś moonwalker opowiada o widoczności pokazanej na mgielnym sitcomie, którego jeszcze w sejmie nie zaprezentował.)

 

SW: „…czyli mgła momentami wg fachowców wojskowych dochodziła do gęstości, widoczność spadała do… nawet do 70 m. Czyli na dobrą sprawę nawet to… zakład… to musiałbym albo jedno, albo drugie, bo w tym momencie pozwoli… to… nna… na razie…”

(Ten moment wypowiedzi także przedziwny – moonwalker jakby sam zgubił wątek; być może myśli tu na głos – przyp. F.Y.M.)

 

AM: „Tak, tylko pan relacjonuje wydarzenia godzinę wcześniejsze.”

(Tego akurat nie wiemy – przyp. F.Y.M. Moonwalker wyraźnie odwołał się do tego, co widać na mgielnym sitcomie – nie zaś do tego, co sam widział, przypominam. Kręcony z parapetu materiał wideo do dziś dnia nie został upubliczniony w całości – nawet w słynnym filmie „10.04.10” pokazano tylko jego fragmenty i to w przyspieszonym tempie. Nie można zatem stwierdzić nawet, ile lądowań jest zarejestrowanych na mgielnym sitcomie, a przecież oficjalnie miało być jedno – dziennikarskiego jaka-40 oraz dwa nieudane podejścia iła-76 – ale przecież sam moonwalker będzie opowiadał w wywiadach, iż słyszał, że jakiś jeszcze samolot wylądował, a nawet, że sądził, iż to był ten z delegacją prezydencką – kwestia więc tego, co się zarejestrowało na mgielnym sitcomie jest niezwykle ważna; także w kontekście wspomnianych przeze mnie wyżej zeznań Wosztyla. Jak pamiętamy z prezentacji w sejmie – pokazane było tylko jedno „podejście iła-76” – czy jednak tylko ono się zarejestrowało? Czy kamera rejestrowała non stop, czy też… była wyłączana?)

SW: „Yyy… po-, pozwolę sobie zamknąć akurat ten fragment.”

AM: „[niezr.] godzinę wcześniej.”

SW (zwinąwszy wideo z księżycowej wędrówki, szuka innego pliku w folderze): „Jeśli pytamy o coś takiego, co się nazy-, kogoś interesuje mgła, to zobaczmy, proszę miłego państwa, coś, co się dzieje – to, co było następnego dnia.” (pokazana jest migawka z tego samego ustawienia kamery – bezchmurne niebo, słoneczny dzień – przyp. F.Y.M.) „To jest widoczność następnego dnia, jak jest ładna słoneczna pogoda. Jeśli w takiej odległości – to jest mniej więcej porównywalna odległość (do poletka, które Wiśniewski zwiedzał na ruskim księżycu – przyp. F.Y.M.), pomijając jakieś tam szczegóły techniczne, jeśli mniej więcej tu, na tej wysokości, przelatywał ił, wielka, ciężka maszyna i nie było widać, no to pani wybaczy – tu jest odległość jakieś dwadzie-, to jest jakieś powiedzmy 150 m w linii prostej do 300 m – czyli jest to mało prawdopodobne, żeby ta mgła powstała tak powiedzmy sobie, jak niektórzy sugerują: już i jest.”

 

(Zachodzi zatem znowu niezwykła sytuacja, wszak moonwalker ze spokojem prezentuje materiał (ponoć) z niedzieli 11 kwietnia 2010 – przyp. F.Y.M. Mimo to jednak nikt z parlamentarzystów nie pyta: Panie, a sfilmował pan prace na pobojowisku? Ma pan jeszcze jakieś materiały z hotelowego okna? Co pan jeszcze zarejestrował?)

 

 

SW: „Ta mgła była co najmniej od godziny 6 rano. Mówię to z pełną odpowiedzialnością, bo mam to akurat nagrane na, na innym fragmencie…”

AM: „Jeżeli można – to rzeczywiście jest niesłychanie wido-, istotne, pan mówi o 6-tej rano czasu moskiewskiego, prawda? Znaczy rosyjskiego, tak?”

SW: „Yyy, nie, warszawskiego.”

AM: „Warszawskiego?”

SW: Raczej tak. Raczej warszawskiego. Ja się odnoszę do warszawskiego czasu.

AM: „Rzecz jest o tyle istotna, że przecież mamy stenogramy z rozmów na wieży, w których mgła, relacjonują (tu SW zwija fragment ze słoneczną migawką i zaczyna znowu szukać w folderze, po czym otwiera sobie po chwili fragment mgielnego sitcomu – przyp. F.Y.M.) kontrolerzy lotu, że mgła jest dla nich zaskoczeniem, że ona się pojawia nagle, jest zaskoczeniem w stosunku do (…) prognoz meteorologicznych. Dlatego pana obserwacja, że ona była stale, tak różna od relacji kontrolerów lotu, jest dla nas szczególnie istotna.”

SW (ma już przygotowaną migawkę z parapetu): „Proszę bardzo, tu akurat jest fragment – godz. 7.19 czasu warszawskiego. Już widać. W porównaniu z… poprzednie, ten fragment z ładnej widoczności, przejrzystości powietrza, tu jest 7.19, widać, że jest po prostu – warunki są, jeśli chodzi o… sprawy lotnicze, po prostu wręcz tragiczna.” (Składnia taka w oryg. – przyp. F.Y.M. Moonwalker zwija na chwilę migawkę na telebimie i znowu przeszukuje folder, po czym ponownie włącza fragment mgielnego sitcomu.) Obawiam się, że jako kierowca bym w takiej mgle, nie wiem, czy bym pojechał.

AM (do posłanek): „Jak oni startowali. 7.19, mniej więcej, jak startowali.”

SW: „…Tak więc, tak więc sporo wcześniej ta mgła na pewno była, bo przecież wcześniej nie dało się filmować z banalnego powodu, bo po prostu było ciemno. Ale nawet, nawet porównując po tym, że jest o godz. 7-mej, czy nawet jeszcze wcześniej, ta mgła cały czas jest. I nie ma zamiaru wcale się akurat zmniejszać, wręcz przeciwnie – to jakby udało się szybciej puścić – widać, że ta mgła idzie cały czas od tamtąd, od strony, od której powinien nadlecieć samolot.” (Wyłącza migawkę, po czym za chwilę znowu włącza – przyp. F.Y.M.) „Tak więc sugestie, że ta mgła powstała sobie, że, powiedzmy, ktoś ją sztucznie stworzył, wg mnie i wg opinii fachowców yyy…, czyli wojskowych, jest mało prawdopodobne. (Znowu wyłącza migawkę – przyp. F.Y.M.) Tym bardziej, że wczoraj była ładna słoneczna pogoda, a że jest tam w tamtym rejonie jest mokro. Po prostu, było ciepło, dzisiaj jest zimno – zaczęło to parować. I to jest cała niestety przykra, ale może komuś się wydać banalna prawda. Tutaj… Tym bardziej, że tu akurat, korzystając z wiedzy wojskowych, nie mojej – po prostu sztuczna mgła ma swój specyficzny zapach. A prawdziwa mgła taka typowa mgła…”

AM: „Ja w ogóle nie wiedziałem, że mo-, że jest możliwa sztuczna mgła. To jest dla mnie zupełna nowość.”

SW: „Nie. Zrobienie sztucznej mgły czy tak zwanej zasłony dymnej…”

AM: „A, rozumiem.”

SW: „…przy obecnych środkach tehcnicznych – nie jest to rzeczą żadną trudną, bo stawia się kilka odpowiednich urządzeń i się mgłę, i się mgłę…”

AM: „Wie pan, ja po prostu się kieruję relacjami, które ciągle słyszymy, że w ogóle czegoś takiego, zjawiska nie ma. Tylko dlatego pozwoliłem sobie tu powiedzieć, że nie ma sztucznej mgły, więc…”

SW: „Jeśli komisja Millera stwierdziła, że była widoczność poniżej, a są, a podejrzewam, że w komisji pracują ludzie, którzy na tym się znają. Jeśli oni z pełną odpowiedzialnością publicznie mówią, że była mgła – widoczność była…”

 

(Tu już moonwalker wykonuje akrobację intelektualną, bo przecież fachowcy wojskowi z „komisji Millera” nie byli na miejscu 10 Kwietnia, nim doszło do „smoleńskiej katastrofy” – zaś być tam miał właśnie „polski montażysta” jako „ocziewidiec”. Co więcej, jeśli owi fachowcy „publicznie mówią, że była mgła”, a mówią tak na podstawie analizy „smoleńskiego filmu” „Mgła” sporządzonego przez samego moonwalkera z hotelowego pokoju – to jest to niezła kołowacizna „fachowości” – przyp. F.Y.M. No ale to tak, jak z ustaleniami „parametrów czasowych” Zdarzenia.)

 

SW: „…nielotna.Pogoda była tzw. nielotna. Warunki były… no, wręcz beznadziejne, jeśli chodzi do latania – tym bardziej do lądowania. Jeśli samolot prędkość lądowania ma ok. 200-300 km/h, no to widoczność realna spada do… nawet nie poniżej minimum tak zwanego, nazwijmy, technicznego. Tak więc w tym momencie ja akurat chciałbym – mówię z mojego skromnego doświadczenia podkreślić, że jest to nie, po prostu, nieprawdą, że tej mgły nie było, bo…”

 

(Teraz już nie za bardzo wiadomo, o co moonwalkerowi chodzi. Jeszcze niedawno zapewniał, że była mgła, powoływał się na fachowców wojskowych, którzy po obejrzeniu jego materiału z okna, stwierdzili, że była piekielna mgła, a naraz – mimo że nikt na posiedzeniu nie kwestionuje tego, że ta mgła była (nawet przywołana przez AM relacja ruskich szympansów dotyczyła tylko jej zaskakującego pojawienia się w stosunku do prognoz meteo) – a naraz sprzeciwia się głosom mówiącym, iż nie było mgły – przyp. F.Y.M. Aż się człowiek zaczyna zastanawiać – no to jak naprawdę z tą mgłą było?)

 

AM: „To jest oczywiste.”

SW: „Nawet upierając się, że chcąc stworzyć takie warunki nielotne, na takim dużym obszarze, otwartym obszarze, jest po prostu chyba niewykonalne.”

AM: „W pełni się z tym zgadzamy. Gdyby pan mógł wrócić do relacji, materiału…”

SW: „Relacji, czyli co?”

AM: „Na którym ta mgła jest mniejsza, bo jest zaraz po katastrofie.”

SW: „Czyli wróćmy… czyli yyy… do miejsca katastrofy. Tu już na…” (przeszukuje folder – przyp. F.Y.M.)

(…) (Teraz nastąpi jedno zabawne nieporozumienie – przyp. F.Y.M.)

(Poseł): (…) zaintrygowała mnie kwestia czasu na nagraniach. Nie wiem, czy to była kwestia pomyłki prowadz-, pana montażysty, czy, czy ja źle zrozumiałem. Ponieważ (…) przy pierwszym filmie, kiedy mówimy o godz. 8.50, na co p. przewodniczący zwracał uwagę, myślę, że to niezwykle ważne, mówimy, że jest to 8.50 czasu moskiewskiego.”

AM: „Nie, nie.”

SW: „Warszawskiego.”

AM: „Warszawskiego.”

SW: „Warszawskiego.”

AM: „Warszawskiego. To nieporozumienie, panie pośle.”

(Poseł): „Rozumiem, czyli to już była godzina… w Rosji… 10.50.”

AM: „10.50.”

(Poseł): „Czyli to było 2 godziny po katastrofie. Rozumiem. Dziękuję bardzo. Druga sprawa, to jest kwestia tego, co pan powiedział kilkanaście minut temu, na temat oficera FSB, który pilnował pana torby, a mówię to w kontekście oficerów FSB, którzy bardzo usilnie pilnowali gruby sześćdziesięciorga posłów i senatorów, gdzie nie pozwalano nam zjechać z drogi o 150 czy 200 m na stacji Gniezdowo i dopiero po licznych perturbacjach, nie ma teraz czasu na opowiadanie całej tej historii, mogliśmy, mogliśmy tam pojechać (do dziś przed Zespołem nie przesłuchano uczestników tej wyprawy – przyp. F.Y.M.). I trzecia sprawa, ostatnia, o którą chciałem pana zapytać (w tym czasie SW przegląda sobie na telebimie moonfilm – przyp. F.Y.M.)czy panu cokolwiek wiadomo, ponieważ my wracając tymże pociągiem, rozmawialiśmy z dziennikarzami różnymi i dochodziły do nas informacje, że służby ros. odbierały aparaty fot., czy też inne urządzenia do nagrywania i stamtąd wydłubywano, przepraszam za kolokwializm, karty pamięci, odbierano te materiały. (…)”

(Niestety, w tym momencie szef Zespołu się włączy i do tych kwestii „polski montażysta” nie będzie się odnosił, a przecież w kontekście „przetrwania” czy „ocalenia” materiału z pobojowiska zwłaszcza ta ostatnia sprawa jest bardzo istotna. Jak bowiem udało się nie tylko pierwszemu Polakowi przejść przez księżycowy krajobraz (skoro nikogo z polskich mediów tam Ruscy nie dopuszczali) i jak się udało oszczędzić przed zniszczeniem materiał tej wagi (skoro Ruscy nie pozwalali na fotografowanie)? – przyp. F.Y.M.)

 

AM: „(…) Zgodnie z tym, co ustaliliśmy 15 min. temu, jeżeli można – wszystkie pytania wykraczające poza bezpośrednie uszczegółowienie kwestii pokazywanych podczas filmu, o które też proszę bardzo, bardzo oszczędnie… zadamy później, dobrze? Bo inaczej nie obejrzymy tego (…) materiału. Dlatego proszę – moja wina w takim razie, że otworzyłem taką możliwość, proszę o wyjątkowe pytania, wtedy, kiedy coś jest niezrozumiałego, kiedy dopytanie tego, co widzimy, jest absolutnie konieczne, a wszystkie pozostałe pytania po projekcji.”

 

(Ta decyzja o tyle jest nieuzasadniona, że przecież ostatnie 15 minut to było analizowanie wątków pobocznych, a przynajmniej nie związanych bezpośrednio z tym, co widać na moonfilmie – przyp. F.Y.M. Co więcej – jak zresztą sygnalizowałem w „Czerwonej stronie Księżyca” – nie pojawi się na posiedzeniu sejmowym nawet wątek słynnego „makarowa przy łbie”, a przecież byłaby to jedna z pierwszych rzeczy, o którą należałoby spytać świadka. Zgłasza się teraz jeszcze jeden z posłów.)

 

(…)

(Poseł Kozak): „Tak, ja mam tylko jedno, krótkie pytanie, żeby pan nam powiedział, jak pan się znalazł właśnie w tym lasku – jaki był sygnał, jak pan dobiegł do tego – ile to czasu panu zajęło?”

(gwar)

AM: „Przepraszam najmocniej, to wrócimy do tego po w takim razie projekcji, naprawdę. Powtarzam – pytania tylko wyłącznie do obrazu, który oglądamy i szczegółów związanych z tym obrazem.”

(Poseł Kozak): „Mi chodziło o te kilkanaście minut wcześniej.”

AM: „Będziemy mogli to przywrócić. Będziemy mogli przywrócić i wyjaśnienie w związku z poprzednim pytaniem: 8.50 na tutejszym zegarze, to jest 10.50 czasu smoleńskiego, czyli 9 minut po czasie obecnie ustalonym czasie katastrofy. (…)”

SW (komentując migawkę z panoramą pobojowiska – przyp. F.Y.M.): „I też właśnie nawiązując do tematu widoczności – tu akurat jest o tyle łatwiej dojrzeć te szczegóły, choćby z tego względu, że prawdopodobnież eksplozja trochę roz-, powiedzmy, rozdmuchała tą mgłę. Tym bardziej, że mię-, jak tu jest ten teren bardziej odkryty, po prostu był lekki wiatr i prawdopodobnież tą mgłę yyy… została ta mgła, została po prostu przede wszystkim przez pęd lądują-, rozbijanego się samolotu, została zdmuchnio-, zdmuchnięta i druga sprawa, po prostu, tam się zrobiło ciepło i ta mgła po prostu miałą okazję wyparować. To akurat wiem od fachowców lotników. Tak samo yyy…”

AM: „Czyli ta mgła była taka, że po prostu mogła wyparować i nie należy się z tym, po prostu…”

SW: „Po prostu ją zdmuchnęło…”

AM: „To jest oczywiste.”

SW: „Najzwyczajniej zdmuchnęło.”

AM: „Dobrze. Proszę bardzo.”

SW: „I tutaj akurat widać, że jest duża ilość połamanych drzew i właśnie fragmentów usterzenia… I tu akurat można się akurat od tej strony przyleciał samolot i widać, że tam kawałek dalej zaraz powinna być ruchliwa droga. I lekko w prawo patrząc w tą stronę, powinien być widoczny nasz hotel – znaczy nasz, hotel, w którym mieszkaliśmy. Czyli, mówię, widoczność nawet w tym momencie, z tego poziomu, po takiej, po takim zdarzenia, jest, mówię, nie większa niż 300 m. Nawet można śmiało powiedzieć, że nawet do 400 m, ale jak dla takiego samolotu, niestety, widoczność 400 m, no to, niestety, nie jest to rzecz, którą akurat piloci to lubią, ale trudno…

(Głosy „strażaków” w tle, a po chwili: „To polski samolot przecież!” – przyp. F.Y.M.) No to akurat te dźwięki są takie… mało takie ciekawe, to można je wyciszyć… (I moonwalker przycisza ścieżkę dźwiękową moonfilmu – przyp. F.Y.M.)

AM: „Nie, przepraszam, gdyby pan mógł nie wyciszać żadnych…”

SW: „Nie, nie, proszę bardzo.”

AM: „Żadnych dźwięków, które zostały nagrane, bo to…”

SW: „Ja rozumiem, ja rozumiem, nie, bo tak…”

AM: „…szczegóły, które chcielibyśmy móc oglądać w formie takiej, jakiej…”

SW: „To nawet po tych dźwiękach słychać, że tam po prostu nie dało się normalnie iść. Mimo tego, że byłem troszeczkę zmęczony…” (zmęczony? Przed południem? – przyp. F.Y.M.)

AM: „Jakie są, takie są, ale tak zostały nagrane…”

SW: „Takie są, ale są prawdziwe. I tu właśnie słychać straż pożarną, która właśnie dojeżdża. Druga, druga s-, ten.” (I tu owa najsłynniejsza fraza z moonfilmu, czyli „Ja p…lę, to nasz” – fraza ta „zniknęła” z wersji, którą moonwalker jako „niezmontowaną” i „ostateczną” zrzucił przed wystąpieniem sejmowym – przyp. F.Y.M.) „Khm, przepraszam. No, to jest ulubione zdjęcie, które wykorzystuje TVN24. I tu widać – już stoi jedna straż pożarna. Już kilku strażaków już sobie biega z wężami i dopiero teraz biorą się za akcję gaśniczą.”

(„Polski montażysta” siedzi sobie już wtedy z wyciągniętymi nogami pod stołem, wyluzowany, panujący nad sytuacją – przyp. F.Y.M.)

SW: „A ja mniej więcej byłem – było to pytanie – od 5 do 6 minut po zdarzeniu, no bo zanim się ubrałem, zanim się ogarnąłem, zanim trochę oprzytomniałem, że wiedzieć, co mam ze sobą zrobić – pobiec, czy nie pobiec, bo to jednak jest ros. lotnisko – z kamerą, no to… trochę na wariackich papierach, no to – trzeba się było zastanowić nad tym, czy to… I tutaj akurat w lewo, tutaj jest ta część, gdzie jest zaraz lotnisko – ta część techniczna lotniska Siewiernyj – i od tej strony przyszła ta część, naz-, jak to nazywam, nagonki, czyli tych, co mi później zatrzymali i w grupie tej, co był polski dyplomata. Tu jest akurat fragment samolotu, który… o który się potknąłem i chciałem po prostu odłożyć.” (I teraz zaczyna się wędrówka moonwalkera przez stawy – przyp. F.Y.M.)

Ten drugi taki dźwięk w tle taki wyjący nie ryczący, to jest karetka pogotowia. Czyli też jest to nieprawdą – z tego, co ja widziałem oczywiście – że karetki przyjeżdżały i wyjeżdżały bez sygnału.

(W tym momencie, tj. gdy moonwalker wypowiada kolejne „dementi”, warto przypomnieć jedno zdanie z wywiadu, który 14-04-2010 przeprowadził z „polskim montażystą” A. Klarenbach (http://www.tvp.info/opinie/wywiady/gdybym-wiedzial-co-sie-stalo-usiadlbym-i-plakal/1658974), tam bowiem SW inne dementi wygłasza a propos akcji na pobojowisku: Wbrew pozorom zareagowały bardzo szybko. Bardzo szybko przybiegli funkcjonariusze Federalnej Służby Ochrony. Szybko pojawiły się służby techniczne, jak straż pożarna, karetki pogotowia. Nieprawdą jest, że po cichu wynosili ciała.

Wynosili? A może: wnosili? – przyp. F.Y.M.)

SW: Owszem, później wyjeżdżały na, tylko na tzw. kogucie, mieli zapalone te światła, te swoje, ale że po prostu tam nie było sensu, przepraszam, może sensu źle powiedziane, po prostu nie było takiej potrzeby… stąd też mnie to później zastanawiało – dlaczego te karetki jadą, a nie gonią w pewnym sensie. Bo wiadomo, jak jest wypadek, jak jest tragedia – no to wiadomo, karetka, czy inne służby techniczne jadą jak najszybciej. A widać, że Rosjanom, można powiedzieć nieładnie, nie za bardzo się spieszyło, no bo chyba mieli świadomość, że nie było już do czego. Może to nie to, żebym ironizował, ale po prostu taka jest brutalna rzeczywistość, że mieli świadomość tego, że ci, co tam, co byli w tym samolocie, nie mieli szans przeżycia.”

AM: „Przepraszam najmocniej, gdyby pan mógł to powtórzyć. Rozumiem, że w pana opinii, jadący ratować…”

SW: „Znaczy, nie, nie, jak już…”

AM: „…byli tak doświadczonymi ludźmi, że mieli świadomość, że już nie są w stanie uratować ludzi – czy tak rozumiem pana opinię, którą pan wygłosił?”

SW: „To jest moja sugestia, moje odczucie…”

AM: „Rozumiem.”

SW: „…że akurat, jak byłem już na miejscu po tym zatrzymaniu, że widziałem te karetki po prostu sobie jechały, no bo jechały, czyli już pewnie była informacja – oni, Rosjanie, mieli taką wiedzę, że coś się na pewno stało potwornego. Oni przede wszystkim byli w tej lepszej sytuacji, można to powiedzieć, że wiedzieli, jaki to samolot się rozbił. Ja wiedziałem, że to było tylko… polski samolot. I dopiero później, jak byłem zatrzymany, dopiero dowiedziałem się od kogoś…”

AM: „Czyli pana obserwacja wydarzeń była taka, iż pan sądził, iż oni tak straszliwie się już nie spieszyli, że już mieli świadomość, co zastaną, tak?”

SW: „Czy, czy… też w pewnym sensie dopóty dopóki nie dowiedziałem się, dostając sms-a od, od kogoś znajomego z Polski, że rozbił się prezydencki samolot – że Rosjanie dlatego się specjalnie nie kwapili, bo ja odnosiłem wrażenie, że to jest, owszem, polski nasz samolot, jak już później poznałem po znakach rozpoznawczych, że to jest, że przyleciała sama załoga, że po, po, ten samolot, który niby wcześniej lądował, to właśnie był z Prezy…, to właśnie był samolot prezydencki – oni sobie gdzieś polecieli, bo było słychać, że odlatują i wrócili np., powiedzmy sobie polecieli w jakiejś sprawie technicznej i wrócili tyl-, wróciła tylko załoga na lotnisko. Stąd nie za specjalnie na początku mnie nie zdziwiło, że nie ma właśnie ciał w dużej ilości, no bo jak duży samolot, to wiadomo, ileś tam osób na pewno było, musiało być, ale o…, nawet zakładając, że ofiary były zupełnie gdzieś indziej, to powinny być typowe rzeczy, typu fotele, rzeczy osobiste, walizki, jakieś elementy techniczne samolotu. Znaczy, biorę to na…, jako odniesienie do tego, co miałem mieć też… świadkiem, znaczy świadkiem, po fakcie byłem w Lesie Kabackim, jak się rozbił nasz polski samolot spadł, no to tam widziałem, no, rzeczy, które były zdecydowanie straszniejsze niż tutaj.

I tam właśnie ten dźwięk wyjący to są karetki, które przyjechały na miejsce.” (Może przyjechały, lecz na moonfilmie nie widać żadnej z nich – przyp. F.Y.M.) „Bo tutaj akurat nie… one nie miały zbyt dużych szans podjechania, bo tu nie ma drogi bitej. Tu jest jakaś droga gruntowa, po której trudno było przejechać – nawet ten UAZ, który mnie za-, stamtąd zabrał, yyy, miał problemy, żeby tam przejechać.” (UAZ-a też nie widzimy na moonflimie – przyp. F.Y.M.)

Prezydencka komórka

5th Maj 2012 by FYM No Comments

…I odezwał się po dwóch latach pierwszy telefon” – tak można skwitować najświeższe doniesienia „NDz” dot. komórki śp. Prezydenta L. Kaczyńskiego: Po katastrofie na Siewiernym ktoś na terenie Federacji Rosyjskiej manipulował przy telefonie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego ustaliła, że odsłuchiwano pocztę głosową.Prokuratura wojskowa uznała jednak, że można tu mówić jedynie o dzwonieniu na cudzy koszt, a nie o wykradaniu informacji. Ostatecznie stwierdzono, że nie doszło do popełnienia przestępstwa. Ekspertyza ABW jest jednoznaczna. Jak stwierdza prokuratura, „nieustalona osoba” na terenie Rosji uruchamiała 10 i 11 kwietnia 2010 r. telefon Nokia 6310i zarejestrowany na Kancelarię Prezydenta, a użytkowany przez Lecha Kaczyńskiego.

Do pierwszego włączenia telefonu doszło tuż po katastrofie, bo o godz. 10.46. Kolejne połączenia miały miejsce następnego dnia o godz. 12.40 i 16.20. Chodziło o numer polskiej poczty głosowej – 505 114 114. – W przekazanych materiałach znajdował się wyciąg z opinii ABW, z której wynikało, że karta SIM współpracująca z telefonem komórkowym marki Nokia 6310i, należącym do Kancelarii Prezydenta RP, logowała się w sieci telefonii komórkowej Federacji Rosyjskiej – mówi w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Dariusz Ślepokura, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, która prowadziła dochodzenie w tej sprawie. – Z informacji uzyskanych od operatora PTK Centertel wynika, że w dniach 10 i 11 kwietnia 2010 r. doszło do nawiązania za pośrednictwem tego telefonu trzech połączeń z pocztą głosową – stwierdza prokurator. (http://naszdziennik.pl/index.phpdat=20120505&typ=po&id=po03.txt).

Informacje te pochodzą z najlepszego i sprawdzonego już przy wielu „smoleńskich” okazjach źródła, jakim jest ABW i prokuratura wojskowa razem wzięte, która to ABW posiada w swym depozycie całą masę nośników elektronicznych („pasażerów prezydenckiego tupolewa”), do których strzeże dostępu niemalże tak, jak gabinet ciemniaków do zdjęć satelitarnych z 10-04, które kiedyś niby z USA przybyły (jak twierdził dawno temu, bo w końcu kwietnia 2010 r. J. Cichocki (http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/202912,Cichocki-Amerykanie-przekazali-zdjecia-satelitarne), gdy jeszcze nie był szefem MSWiA), ale się zbyły, jak moglibyśmy powiedzieć dziś.

Nie mówimy jednak o zdjęciach satelitarnych, lecz o telefonach, przypominam. Jest z nimi o tyle ciekawa sprawa, że nie tak dawno przecież w wydanej w kilkudziesięciu tysiącach egz. książce L. Misiaka i G. Wierzchołowskiego – z tychże samych źródeł (ABW oraz PW) płynęły doniesienia (opublikowane właśnie w „Musieli zginąć”), iż nikt nie używał (aktywnych) telefonów spośród członków prezydenckiej delegacji, jedynie na te numery próbowano się dodzwonić:

W odpowiedzi na nasze pytania (dot. billingów oraz niezwrócenia olbrzymiej większości nośników rodzinom ofiar – przyp. F.Y.M.) NPW odpisała:

Prokuratorzy Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie na podstawie postanowień zwrócili się do poszczególnych operatorów sieci komórkowych i w konsekwencji uzyskali billingi tych numerów telefonów, których karty SIM logowały się na terenie Federacji Rosyjskiej w dniu 10 kwietnia 2010 r. (informację o tym, które to były numery telefonów uzyskano na podstawie wyników badań telefonów komórkowych i kart SIM przeprowadzonych przez biegłych ABW).”

Prokurator płk Rzepa dodał:

Z opinii biegłych wynika, że 23 karty SIM były zalogowane w sieciach telefonii komórkowej Federacji Rosyjskiej. Przeprowadzone badania przez biegłych ABW oraz analiza billingów wykazały, że na pokładzie samolotu Tu 154M nr 101 w dniu 10 kwietnia 2010 r. oraz bezpośrednio po katastrofie nie wykonywano z numerów telefonów należących do pasażerów i załogi tego samolotu połączeń wychodzących. Analogiczna sytuacja dotyczy wiadomości SMS oraz MMS. Ujawniono jedynie połączenia przychodzące, przy czym niektóre były przekierowane na pocztę głosową” (s. 42).

Jakim cudem więc po dwóch latach od „katastrofy”, odezwał się prezydencki telefon? Spokojnie, nie wpadajmy w paranoję, jak ci paranoicy od maskirowki smoleńskiej. Po pierwsze, godzina 10.46 (ciekawe, że „NDz” podał z marszu taką właśnie porę, a nie np. 8.46 pol. czasu) to nie jest np. 10.42 (w stosunku do tzw. godziny Morozowa, czyli 10.41, jako „czasu lotniczego wypadku” – nie mylić z tzw. godz. Batera (http://freeyourmind.salon24.pl/380030,medytacje-smolenskie-6-godzina-batera)), a więc trudno tu mówić, że jest to czas „bezpośrednio po katastrofie”. Po drugie, sprawdzanie zawartości poczty głosowej przez jakiegoś Ruska w polskim telefonie, to nie tylko nie jest używanie czyjejś komórki ani tym bardziej „wykonywanie połączenia wychodzącego” (zgodnie z nomenklaturą Rzepy). Ki diabeł jednak o godz. 10.46 rus. czasu, czyli 8.46 pol., na pobojowisku na Siewiernym już wtedy jakąś komórkę widział i zdążył ją nie tylko znaleźć, ale jeszcze klawiaturę odblokować, by zająć się „sprawdzaniem poczty”?

Takie pytania wskazują na objawy smoleńskiej paranoi. Sprawa tymczasem jest prosta i nie chodzi o to, że biegli ABW raz twierdzą jedno, a raz coś innego. Pewnie komórkę wydobył z błota któryś ze strażaków. Może to był legendarny A. Muramszczikow, co na własne oczy widział „kulę ciał” (http://wyborcza.pl/1,105743,8599278,To_byla_kula_z_ludzkich_cial__320_fragmentow_96_ofiar.html) i słyszał dzwoniące na „miejscu katastrofy” telefony, o czym zwierzał się reporterowi „Moskiewskiego Komsomolca” (http://www.rp.pl/artykul/544883.html)?

Gdy wylądował Jak-40 polskiego Ministerstwa Obrony warunki pogodowe nie były jeszcze krytyczne. Wkrótce z lewej strony nadleciał nasz transportowiec. W tym samym momencie jeden ze strażaków w moim samochodzie rozbił termos z lustrzanego szkła. Pamiętam, że jęknąłem: „To zły znak!”. Kiedy nasz Ił-76 odleciał na zapasowe lotnisko, wszyscy odetchnęli z ulgą.

Po 40 minutach usłyszeliśmy nadlatujący samolot prezydencki. Na lotnisku wcześniej stacjonowały myśliwce. Gdy startowały i pokonywały barierę dźwięku, słychać było trzask. 10 kwietnia rano też usłyszeliśmy bardzo podobny dźwięk i początkowo nie przywiązywaliśmy do tego żadnego znaczenia. Ogłuszającego wybuchu nie było. Był głuchy trzask – to wszystko. Spod wieży kontrolnej ruszył samochód terenowy; chłopcy powiedzieli, że spadł samolot. Gdzie dokładnie, nie było jasne. Pokazali nam tylko ręką kierunek.

W odległości 50 metrów od miejsca upadku maszyny leżały rozerwane na strzępy ciała ludzi. Stało się jasne, że nikt nie przeżył. Widzieliśmy tylko dwa duże fragmenty samolotu – skrzydła i część kadłuba z wypuszczonym podwoziem. Silniki leżały oddzielnie. Nie było wiadomo, gdzie był kokpit i salon samolotu – wszystko rozpadło się na drobne fragmenty. Szczątki maszyny i ciała były pokryte zawiesiną – mieszanką popiołu i kurzu.

Nie było słychać ani krzyków, ani jęków. W złowieszczej ciszy w kieszeniach zabitych dzwoniły tylko telefony komórkowe – słychać było poloneza Ogińskiego, pełnego wigoru krakowiaka… Ciała nie miały głów, albo też głowy pasażerów były zgniecione, kości twarzy – zmiażdżone. W całości widziałem tylko jedną młodą dziewczynę. Po 20 minutach od katastrofy mgła się rozproszyła; widzialność była idealna. U nas na bagnach tak bywa: pojawia się mgła i po chwili znika.

Tyle Muramszczikow, który, nawiasem mówiąc, rozpoznać się miał nawet na zrobionym komórką filmiku Koli, więc wzrok na pewno miał ostry jak smoleński diabeł, a więc telefony zapewne nie tylko słyszał z polonezem i krakowiakiem, ale też pewnie widział. Mógł więc i widzieć o 10.46 ową prezydencką nokię, choć „bezpośrednio po katastrofie” o tym nie wspominał.

Warto zresztą przy tej kwestii telefonów, którą poruszali, jak wspominałem wyżej, Misiak z Wierzchołowskim, zwrócić uwagę na to, iż nadwiślańscy wojskowi prokuratorzy (przynajmniej tak podawane jest w treści pisma cytowanego w „Musieli zginąć”), interesowali się tymi numerami telefonów, „których karty SIM logowały się na terenie Fed. Ros. w dn. 10-04”. Czyżby więc nie telefonami wszystkich uczestników delegacji prezydenckiej? Pomijam już fakt, że kwestię logowań ustalili wybitni biegli ABW. Oczywiście, żadnych danych dotyczących miejsca i czasu tych logowań jak dotąd nie podano, ale czekamy cierpliwie, tak jak publikację zawartości rewelacyjnych taśm z jaka-40, które też już od dłuższego czasu są przedmiotem badań krakowskiego IES. Tam też może jakieś telefony „wykonywane” się mogły nagrać.

P.S.

W międzyczasie zaś zapraszam na tajne komplety z udziałem prof. M. Dakowskiego (http://www.youtube.com/watch?v=woBVVlTKeXw&feature=player_embedded).

Różne dezy „smoleńskie” i trochę innych ilustracji (niekoniecznie smoleńskich)

1st Maj 2012 by FYM No Comments

Wywiad z prof. M. Dakowskim

27th Kwiecień 2012 by FYM No Comments

WYWIAD Z PROF. MIROSŁAWEM DAKOWSKIM

(Uwaga techniczna: wszelkie pogrubienia, podkreślenia, wielkie litery, skróty, inicjały etc. pojawiające się w wypowiedziach prof. Dakowskiego, jak też wtrącenia kursywą, nawiasy typu [----], pochodzą od samego indagowanego – przyp. F.Y.M.)

FYM: Panie Profesorze, przede wszystkim serdecznie dziękuję za zgodę na udzielenie wywiadu. Jestem zdania, że w chwili obecnej (koniec kwietnia 2012 r.) Pańska relacja z okresu współpracy z Zespołem min. A. Macierewicza oraz Pańskie refleksje dotyczące śledztw „smoleńskich” – mogą być bardzo cenne dla osób interesujących się wciąż niewyjaśnioną (mimo upływu czasu) sprawą tragedii polskiej prezydenckiej delegacji. Pozwolę sobie teraz szerzej nakreślić ową „chwilę obecną”.

Kontekst naszej rozmowy wyznaczają, sądzę, trzy istotne procesy. Po pierwsze: nacisk prokuratora generalnego na oficjalne śledztwo prowadzone przez wojskową prokuraturę. Min. A. Seremet raczył się wyrazić niedawno (w wywiadzie dla „Czerskiej Prawdy”), iż marzy o tym, by śledztwo dobiegło końca w tym roku (http://wyborcza.pl/1,75478,11576169,Tu_154__Wybuchu_nie_bylo.html). Co więcej, przyznał, iż mogłoby się ono zakończyć nawet bez uzyskania przez Polskę lotniczych szczątków leżących obecnie pod „wiatą” na Siewiernym w Smoleńsku oraz bez przekazania nam rejestratorów. Na ile ten nacisk jest skuteczny (vide sprawa niegdysiejszego konfliktu prokuratura generalnego z gen. K. Parulskim), to się jeszcze okaże, Seremet jednak już przy paru okazjach wyraźnie zgłaszał swój sprzeciw wobec dalszych ekshumacji, które – jak wiemy – aktualnie nie są prowadzone (mimo że tak zaskakujące wyniki miały przynieść badania medyczno-sądowe ciał śp. prof. J. Kurtyki oraz śp. premiera P. Gosiewskiego) i znikąd na razie nie dochodzą wieści, by badania takie miały zostać wznowione. Prokuratorzy zresztą dość ostentacyjnie odrzucają wersję z zamachem na polską delegację, wydaje się więc, przy coraz mniej skrywanej ślamazarności tego oficjalnego śledztwa (biorąc jeszcze pod uwagę to, iż konsekwentnie od dwóch już lat (!) nie ujawnia się zawartości nośników elektronicznych, które były w posiadaniu członków delegacji), że nie zapowiada się jakiś gruntowny przełom w tychże pracach. Niedawna akcja z realizowaniem ruskiej prośby dot. dokumentacji rodzinnej załogi tupolewa, a przechowywanej w zasobach IPN (http://www.rp.pl/artykul/859863.html), tak skwapliwie spełniona przez polskich prokuratorów (którzy doprosić się latami nie mogą od Moskwy kluczowych dokumentów i materiałów dowodowych związanych z 10-tym Kwietnia), rozwiewa chyba wszelkie nadzieje, co do tego, iż oficjalne śledztwo zmierza do wykrycia rzeczywistych przyczyn tragedii i samego jej przebiegu.

To pierwsza, oczywiście niezwykle ważna i brzemienna w skutki, sprawa, dlatego ją tak obszernie opisuję. Zamknięcie bowiem oficjalnego śledztwa będzie zarazem „zapieczętowaniem” pewnej wersji wydarzeń i kto wie, czy nie znajdzie też wyrazu z zwalczaniu „nieoficjalnych” śledztw jako „nielegalnych”, „teorio-spiskowych”, a może nawet „zagrażających bezpieczeństwu państwa”. Drugi proces, to trwające, choć chyba zmierzające ku końcowi, prace Zespołu min. Macierewicza, w ramach których została jakiś czas temu sformułowana „hipoteza dwóch wybuchów”. Trzeci, to badania blogerów analizujących sprawę tragedii z 10-04 w sposób zupełnie odmienny zarówno od prokuratur, jak i Zespołu – tj. przez pryzmat maskirowki osłaniającej zbrodnię ataku na polską delegację, ataku dokonanego najprawdopodobniej na zapasowym lotnisku, na które skierowano tę delegację.

Moje pierwsze pytanie brzmi zatem tak: jak długo trwała Pańska współpraca z Zespołem i dlaczego została przerwana?

MD: 10 maja2010 r. przekazałem przez zaufanych poniższy list JK i AM. Nigdzie go dotąd nie publikowałem.

 

Pan Jarosław Kaczyński,

nasz kandydat

Szanowny Panie,

 

Proszę o przyjęcie mnie do niejawnej [mam nadzieję, że istniejącej i pracującej już od miesiąca!] grupy badającej przyczyny Katastrofy. Badania takie są wykonalne. Klasyfikacja hipotez przyczyn według ich prawdopodobieństwa dokonuje się w grupach rozproszonych. Warto ich wysiłki zebrać.

 

Mamy nadzieję, że nie uległ Pan naciskom, iż „ludziom nie można Prawdy przekazać – jest zbyt straszna i niebezpieczna”.

 

Polacy chcą i muszą poznać Prawdę, jeśli mają pozostać narodem.

Proszę Pana o – choć krótkie – spotkanie w tej sprawie.

 

Uzasadnienie prośby na dole strony.

 

Istotne szczegóły:

Jesteśmy zszokowani biernością Rodzin Ofiar Katastrofy.

  1. Rodziny mogą przecież, jako pokrzywdzeni, brać udział w śledztwie (wg KPK). To utrudniłoby matactwa, przerwało oburzające dla Polaków trwające obecnie „tajne śledztwo władz Rosji”.

  2. Ważne dowody do sprawdzenia ew. przyczyn rozpadu samolotu są w 96-ciu trumnach, już w Polsce. Możliwa i konieczna jest ich ekshumacja i zbadanie przez zaufanych sądowych patologów. Badania, m.inn. spektrograficzne pozostałych szczątków też są możliwe.

 

Uzasadnienie prośby.

Należę do ludzi, którzy swe największe osiągnięcia uzyskali dzięki temu, iż podchodzą do spraw, uznanych przez „fachowców” za nierozwiązalne.

Tak było w fizyce rozszczepienia (szczegóły pomijam, są w literaturze) czy przy analizie „inventory” z rozbitego RBMK w Czarnobylu. To ostatnie działanie miało miejsce w podziemiu lat 86-88, przy pomocy prymitywnych komputerów domowych, gdy potrzebny był super-komputer wektorowy – oraz tajne dane wojskowe sowieckie…

Uruchomienie w Polsce powiatowej lat 90-tych produkcji kotłów na biomasę. Rezultat: W roku 2005 sumaryczna moc małych, głównie domowych kotłów wyniosła ponad 7 GW, por. z mocą projektową niedoszłej EJ w Żarnowcu ok. 1 GW. Itp.”

—————

Wtedy też – dziwnymi drogami – dostarczyłem obu panom (JK i AM) ten tekst: Kto wie, co jest w trumnach? Czyli: http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=1921&Itemid=100

 

Tu cytuję, proszę zwrócić uwagę na DATY. Nie można mówić „przecież nie podejrzewaliśmy”…:

Kto wie, co jest w trumnach?

Za czasów komuny mieliśmy parę wielkich katastrof sowieckich samolotów w Polsce. Pod Policą, pod Warszawą a przed Okęciem w lesie kabackim (IŁ-62). Przyczyny zapewne inne, ale sposób traktowania śledztwa i ciał ofiar – też sowiecki. Eksperci i ludzie z ekip technicznych biorący udział w „uprzątaniu” po tamtych katastrofach pamiętają i wspominają, co wkładano wtedy do trumien: różne kawałki ludzi, kamienie, worki z piaskiem. Kto by się trudził sprawdzaniem, czy noga „pasuje” do korpusu?

Czy rodziny obecnych 96-ciu ofiar otwierały trumny (lub polecały otwarcie ekspertom) przed pogrzebami, ale już w Polsce? Wątpię, to zbyt bolesne. Mam nadzieję że nie zmuszono ich w Moskwie do podpisania cyrografu, że trumien nie otworzą. Ale jeśli nie otwierano, to rozsądne będzie żądanie szybkiej ekshumacji i sprawdzenia zawartości przez uczciwych biegłych sądowych. To potrzebne dla – choćby niewielkiego – sprawdzenia poprawności procedur „gospodarzy”. Pogrzeby „na słowo honoru” Putina?”

Proszę o staranne przestudiowanie artykułu Dymiący nagan http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=1936&Itemid=100 z którego zamieszczam wyjątek:

…uważam, że zarówno (niedostępne nam jeszcze na razie) szczątki samolotu jak i przedmioty znalezione na miejscu wypadku oraz zwłoki ofiar mogłyby potwierdzić lub wykluczyć hipotezę eksplozji wolumetrycznej w kabinie pasażerskiej, która jest zgodna z widocznym na zdjęciach stanem wraku oraz pogłoskami na temat stanu zwłok. Osobom zainteresowanym fizyką takich eksplozji i sposobem ich przeprowadzania polecam kwerendę literatury tematu, z użyciem fraz kluczowych: UCVE (unconfined cloud vapour explosion), CCVE (confined cloud vapor explosion) oraz BLEVE (boiling liquid expanding vapor explosion). O ile analiza spektrometryczna znalazłaby na miejscu katastrofy, w szczątkach samolotu lub na zwłokach ofiar tlenek etylenu, tlenek propylenu, azotan izopropylu, aluminium, magnez lub cyrkon o wysokiej czystości, w postaci pyłów o innym składzie niż stopy użyte w konstrukcji samolotu, kompleksowe związki metaloorganiczne zawierające fluor i metale lekkie, niewytłumaczalnie wysokie stężenie fluoru, albo nanocząsteczki metali, to taka sygnatura wskazywałaby na eksplozjęwolumetryczną, zwaną przez Rosjan termobaryczną.”

—————-

Z błagalnego mail’a do [...]: „Niech pan powie Szefowi, że pańcia, która chwali się, że z księdzem-niedoukiem zagrzebała ciało męczennika w dołku przy rowie – no, nie popisała się”. Jako ekspiacja konieczna jest szybka porządna wyprawa do Katynia II, z dużym termosem (stołówkowym) i suchym lodem, i przywiezienie tyle kawałków ciał, ile się da. Dla badań DNA oraz śledztwa, co w nich jest: nano-cząstki, jakie związki chemiczne (np. te, co u Starego Wiarusa w Dymiącym Naganie wymienione). I przekonanie Rodzin,tych odważniejszych, by w celach sądowych wymusiły ekshumację. [to POKRZYWDZENI, nie poszkodowani !] (czyli KPK, nie KPC md]

Zmieniony (12.05.2010.)

================================

A Zespół powstał wiele miesięcy później. Piotr B. wywalczył mi posłuchanie w Zespole Parlamentarnym (dalej ZP). Było z 10 posłów, sporo innych osób, trwało ze trzy godziny. Mówiłem o obliczeniach n.t. praw zachowania pędu i momentu pędu (na „pancernej brzozie” – nikt jeszcze otwarcie tego nie zakwestionował), że żadnych 40-100 g nie mogło być. I o konieczności NATYCHMIASTOWYCH ekshumacji i niezależnych badań zawartości trumien. Według zeznań już złożonych w Prokuraturze Wojskowej:

 

Zeznania świadka Mirosława Dakowskiego dla Prokuratury Wojskowej spisane 8 listopada 2010 r. Są tu:http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=2605&Itemid=100

 

Powyższe warto przeczytać. Za długie, by tu cytować.

 

I to było moje pierwsze i ostatnie spotkanie z ZP.

 

GAPOL

Na początku X. 2010, wraz z mec. St. Hamburą, byłem na spotkaniu „ekspertów” w GaPol-u u Sakiewicza i wielu innych. Przedtem Wierzchołowski i Misiak przeprowadzili ze mną wywiad o pancernej brzozie, o konieczności ekshumacji i konieczności zbadania tych stert złomu, które były już w Polsce, też w GP. Już przedtem prokuratura wzięła im jakiś przyrząd, którym się pochwalili. Ostrzegałem, by nie trzymali w szafach, lecz schowali u cioci – . Bez skutku. Na zebraniu żądałem, by natychmiast zrobili badania, z jakich traktorów (wladimiriec??) są to części (a które – z tutki) – oraz

- czy zostały zgniecione,czy ew. rozerwane

- czy są ślady hexogenu, składników bomb próżniowych itp.

- żądałem, by pani red., która z pomocą księdza zakopała jakiś kawał mięsa koło drogi przy złomowisku, za karę zniszczenia dowodu rzeczowego pojechała tam z naczyniem Dewara i kostką suchego ludu – i przywiozła to mięsko do badań. Bo może to z kota? Byli chyba zgorszeni. W czasie Narady informowałem, że tuż obok, kilkaset metrów od GP, jest na Politechnice wydział MEL, na którym mogą badania mechaniczne przeprowadzić. Jest zresztą wiele laboratoriów zdolnych do takich badań. Decyzja Tomka S.: „pomyślimy”. Za tydzień chłopaki (Wierzchołowski) zeznały, że jednak wywiad ze mną zdjęto z GP. A kolejnej narady ekspertów przewidzianej na pocz. listopada, już nie było (ani ja, ani Hambura, bo pytałem).

 

Te grupy były jakby płoszone przez podobne pytania i żądania (ciała, złom…). Na jesieni 2010 wg relacji [----] wiarygodnych osób rugano „swoich”, tj. rodziny bliskich za chęć i plan wykopania trumien i zbadania za granicą. „Tego nie wolno!!!” „Tylko naciski na prokuraturę!!” Itp. Skutecznie…

FYM: Jak Pan ocenia stan wspomnianych przeze mnie wyżej, dwóch śledztw – oficjalnego, prowadzonego przez prokuratury (wojskową i cywilną) oraz tego prowadzonego przez Zespół?

MD: Już rok temu, na Prima Aprilis 2011, prok. Seremet oświadczył że „żadnego zamachu nie było”, więc Mu posłałem następujące pismo: do Pana Andrzeja Seremeta, prokuratora

do Pana Andrzeja Seremeta, prokuratora

Mirosław Dakowski, Secunda Aprilis 2011

 

Szanowny Panie,

Jeśli konferencja Panów na Prima Aprilis (Najpotworniejsza WIADOMOŚĆ na Prima Aprilis) zdarzyła się naprawdę, a nie było to jakieś ponure zadrwienie z Pana i kolegów przez złośliwego żartownisia, to byłoby to równocześnie groźne i smutne. Bardziej może dla panów, niż dla ustalenia opinii Polaków na temat przyczyn „Smoleńska”.

W czasie ostatniego, strasznego roku poznałem rozumowania i argumenty bardzo wielu analityków sprawy smoleńskiej. Przekonało mnie to, że analitycy publikujący swe prace w internecie są w ogromnym procencie wysokiej klasy profesjonalistami. Dokumentują to wyniki ich analiz.

To, co dociera do nas wielu drogami z prokuratur, wskazuje na raczej słabszą kondycję tych zespołów.

Tekst Jajcarze z Prokuraturypan na pewno zna, a jeśli sekretarka nie zdołała panu wydrukować, bo miała akurat pilne rozmowy z koleżankami i źle wychodzący pasjans w komputerze, to może Pan tu kliknąć – wyjdzie. By mieć pewność, że taki kiks, jak ten na Prima Aprilis się nie zdarzy, posyłałem Panu parokrotnie na jesieni 2010 r. kopie dowodów wskazujących na zbrodnię, składanych w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie.

Nie może więc Pan w przyszłości powiedzieć usprawiedliwiająco „nie wiedziałem”.

 

Propozycja

Jeśli prokuratorzy wiedzą, tj. mają dowody, że gdzieś pod Smoleńskiem nie doszło do zamachu, że te wątki są do wykluczenia, a ich ciągłe rozważanie i analizy robione przez nas są nieuzasadnione, że zostaliśmy zwiedzeni na skutek np. jakiejś inscenizacji w lasku pod Siewiernym, czy też zbiegu okoliczności, to prosimy o wyjaśnienie. Nie jesteśmy zacietrzewieni. Można nas przekonać.

 

Oto przykładowe (nieliczne z wielu) wątki:

- wątpliwości co do czasu i miejsca rozbicia Tu nr 101 i śmierci Polaków podobno znajdujących się na jego pokładzie,

- wątpliwości co do nagłej mgły, stanu radiolatarni, możliwości meaconingu

- wątpliwości co do dowodów wybuchu (od środka) jakiejś struktury, której części (są tam elementy omszałe) są widoczne na zdjęciach lasku smoleńskiego,

- wątpliwości co do zmiennego stanu i przemieszczania się złomu, np. kokpitu, już po t.zw. katastrofie…

Zupełnie skandaliczne jest nie przeprowadzenie ekshumacji i badań ciał ofiar (ściślej- zawartości trumien) z urzędu, oraz zastraszanie rodzin, które tego od wielu miesięcy żądają.

 

Takie i podobne argumenty i dowody przekazaliśmy Okręgowej Prokuraturze Wojskowej w Warszawie, a ja, dla pewności procesowej, przesyłałem je też równolegle na Pana ręce. Jeśli prokuratorzy Panu podlegający i Pan osobiście po analizach uznali te dowody na zbrodnię za błędne, to nic prostszego:

Proszę nas, tych 20-30 analityków społecznych, którzy przedstawili swe rozumowania i spostrzeżenia w internecie czytającemu narodowi, a przesłali je też panom, zaprosić na parodniowe warsztaty – i te dowody będące w dyspozycji prokuratury nam przedstawić. Konieczne będzie umożliwienie nam zadawania pytań, dyskusji, czy propozycji testów krzyżowych. Jeśli argumenty panów będą przekonywujące, a nie wątpię, że po roku ciężkiej pracy nie ośmieliliby się panowie przedstawiać jedynie swej ignorancji, niewiedzy, to chętnie te dowody zaakceptujemy. Możemy też zobowiązać się, że żadnych „szczegółów śledztwa” pod rygorem kar nie ujawnimy aż do chwili zwolnienia z tych tajemnic.

Wydamy tylko wspólne oświadczenie, że „przekonali nas faceci” (to z Gałczyńskiego, nie drwina), iż w rzeczywistości żadnej zbrodni nie było, że myliliśmy się w naszych analizach.

 

Jak duże znaczenie dla uspokojenia opinii społecznej w Polsce miałoby takie oświadczenie, pewnie Pan wie, a jeśli nie, mogą Panu to uświadomić wyspecjalizowane agendy propagandystów pracujące przy rządzie.

 

Jeśli natomiast Pan, z prok. K. Parulskim (co to dostał generała w czasie tego ślimaczącego się śledztwa) naszą propozycję zignorujecie, to oczywistym się stanie dla wszystkich, że wasze komunikaty nie mówią o Smoleńsku, a jedynie o stanie Waszych dusz.

 

To nie sprawa polityczna. To sprawa uczciwości i honoru.

Zdajemy sobie sprawę, że przed tak dramatycznymi wyborami polski wymiar sprawiedliwości nie stał nigdy w historii.

Prawda przecież istnieje obiektywnie. Jest nieśmiertelna. Nie da się jej zaczarować, czy uśpić na zawsze.

Panie Seremet, pan ma duszę. Ale, wbrew nadziejom wielu głupców, ona nie kończy się z życiem biologicznym. Zapewniam pana, że ona jest wieczna. Czy warto jej los narażać dla jakichś powodów bieżących, nacisków czy uwarunkowań politycznych?

 

Panie Andrzeju, nie myślmy tylko o opinii Polaków za lat sto czy dwieście o Zbrodni Smoleńskiej i ekipach ją badających.

 

Mówi do Pana stary człowiek. Niech Pan pomyśli o swej duszy nieśmiertelnej i zadba o nią… Pana podwładni i koledzy – też.

Z wyrazami szacunku

Z Panem Bogiem

Mirosław Dakowski, fizyk

—————————————————————

Pan A. Seremet zaraz odpowiedział mi, że przesyła ten tekst do Wojsk. Prokuratury Okr. (mam jego pismo). A sam – zakończenie potraktował poważnie, mam na to dowody. A celem „śledztwa oficjalnego” i podtrzymywania dotychczasowej ”linii ZP” jest pogrążenie ludzi w beznadziei: To może przestaną się wreszcie interesować

FYM: Dlaczego Pański głos i głos prof. J. Trznadla (pomysłodawcy i sygnatariusza listu otwartego, domagającego się powołania międzynarodowej komisji śledczej ws. tragedii z 10-04) opowiadający się za tym, iż w Smoleńsku dokonano makabrycznej inscenizacji katastrofy lotniczej (makabrycznej w dwójnasób – wykorzystano ciała ludzkie jako rekwizyty, a poza tym przedstawiono „światu”, bo przecież nie tylko Polsce, ową polankę ze szczątkami jako „miejsce wypadku”), został gruntownie przemilczany? Nie chodzi mi oczywiście o „media mainstreamowe”. Wg mnie względy polityczne zaczęły od dłuższego już czasu brać górę nad sprawami samego śledztwa – to jest chyba proces, który nie wróży zbyt dobrze dalszym badaniom nad przyczynami tragedii – ciekaw jestem jednak Pańskiego zdania.

MD: Poza przewagą „względów politycznych” nad koniecznością poznania PRAWDY – sądzę, że naciski były ponad siły niektórych osób. Jak inaczej wytłumaczyć wielomiesięczne milczenia Jarosława Kaczyńskiego o powtórnych oględzinach ciała Brata – już w Polsce. Z relacji prasowych wynika, że pan JK zauważył wtedy w trumnie Brata – dorzuconą nogę generała. Reakcja spodziewana przez nas byłaby: Hola!! Proszę robić zdjęcia, filmować, dokumentować, żądam natychmiastowego śledztwa! Itp.

A tych reakcji było brak. O jakim, niewyobrażalnym dla nas nacisku na JK to świadczy! Strach pomyśleć. Ujawnił sprawę dopiero po paru miesiącach – i znów zapadła CISZA. O jakim, niewyobrażalnym nacisku na wszystkich odpowiedzialnych to świadczy!

Niedawno rozmawiałem ze znanym reżyserem. Mówi, że jako fachowiec już od pierwszych godzin po wiadomości o „zdarzeniach smoleńskich” był przekonany, że w lasku na Siewiernym była inscenizacja. Mniej czy bardziej udolnie wykonywana – to do dyskusji. Ale środowiska polityczne takiej profesjonalnej dyskusji, która powinna doprowadzić do uzgodnienia poglądów – unikały i unikają. Dla rozstrzygnięcia każdej ważnej sprawy naukowej robi się dyskusję, konfrontację danych i hipotez. Tu zaś – strona MAK i grupka „mgr. inż. Millera” od początku do końca (raczej – aż do teraz, bo prawdziwy KONIEC będzie ujawnieniem PRAWDY) zarzuca nas setkami ewidentnych kłamstw i oszustw. Można skwitować, że od tego oni są. Ale czemu ZP unika dyskusji z analitykami wskazującymi, że konsekwencją Inscenizacji (z jej istnieniem ZP się chyba zgadza) jest maskirowka – nie wiem. Obiektywność każdych badań nakazuje rozważenie wszystkich hipotez – i dopiero później ew. odrzucenie niektórych. To odejście od przyjętych w nauce metod badawczych bardzo mnie boli. Tajemnica…

FYM: Przejdźmy do zagadnienia samych badań. Tak na zdrowy rozum, to sprawa tychże badań – nawet w przypadku takiej totalnej obstrukcji, jaką od samego początku „wszczęcia śledztwa”, prowadzi Moskwa – nie powinna być szczególnie skomplikowana. Po pierwsze: jest przecież mnóstwo świadków do przesłuchania (z Katynia, Smoleńska i Okęcia). Po drugie: istnieje wiele śladów i wątków do zbadania w Polsce. Po trzecie: sporo dowodów rzeczowych pozostaje w posiadaniu czy to rodzin ofiar zamachu, czy też innych osób (np. dziennikarze mają swoje „depozyty”). Po czwarte: są liczne – różnej jakości, ale na pewno poddające się analizie kryminalistycznej – zdjęcia i materiały audiowizualne ze Smoleńska. Po piąte: w Polsce pochowano ciała, które można poddać badaniom medyczno-sądowym. Tymczasem środowiska skupione wokół Zespołu właściwie ograniczyły się do zgłębiania danych zawartych w raporcie komisji Burdenki 2 (zwanym potocznie „raportem MAK”), ewentualnie danych „wydobytych” przez „komisję Millera” oraz do utyskiwania, iż wciąż nie ma wraku oraz rejestratorów. (Na marginesie dodam, że nie wiem, w jaki sposób można mówić z przekonaniem o dwóch wybuchach na pokładzie i rozerwaniu „prezydenckiego tupolewa”, jeśli nie badało się osobiście wraku i miejsca, na którym ten wrak leżał (i na które samolot miał w kawałkach spaść) oraz nie dysponuje się oryginałami czarnych skrzynek i innych urządzeń pokładowych – ale mniejsza z tym.) Jak Pan sądzi, dlaczego nawet w obszarze, powiedzmy, niezależnego śledztwa – zakres poddawanego analizie materiału jest tak wąski?

MD: Mogę tylko powiedzieć, że grupa ZP, czy GaPOl-a, jakoś bardzo unika możliwości badań zawartości trumien, wnikliwych przesłuchań świadków żyjących w Polsce. Świadkowie pracujący w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego są u nich jakby chronieni od wnikliwych pytań. A przecież mamy wcześniejsze dowody na rzecz oczywistą: wrogowie Polski, czy Prezydenta LK działali wewnątrz Kancelarii. Świadczy o tym np. podrzucenie do podpisu Prezydentowi jakiegoś wyróżnienia Jaruzela za „Sybir”, czy demonstracyjne wciąganie na maszt flagi Monaco.

Zamach (a tego, że był to zamach, po analizach jestem pewien w 100 %) wymagał współdziałania z wewnątrz Kancelarii Prezydenta. Od pierwszych godzin zwracano uwagę na „wyciek” list pasażerów do mediów, na gwałtowne zmiany środków transportu różnych osób.

Jakby w oficjalnych analizach (głównie ZP) nie ośmielono się przyjąć oczywistego w każdym śledztwie założenia, że nie ma osób pod osłoną, ani hipotez tabu, do odrzucenia z góry. Czemu tak się dzieje? Misterium iniquitatis… Panuje „ogłuszająca cisza” wokół najważniejszych spraw, wątków, których analiza możliwa jest nawet przy zrabowaniu szczątków naszego samolotu, czy samolotów, też rejestratorów, kodowanych telefonów, broni i kamizelek BOR-owców itp.

W notce „To elementarne, Watsonie!skupiłem się, z braku dowodów materialnych, które ciągle pozostają w rękach rabusiów, na wskazaniu tylko tych spraw, dla których da się określić prawdopodobieństwo na 1(pewność, że zdarzenie zaszło) lub 0 (zdarzenie z pewnością nie zaszło). Cytuję z: http://dakowski.pl//index.phpoption=com_content&task=view&id=2633&Itemid=100

 

„Jeśli dwie wieże WTC w 9/11 zostały „trafione” przez duże Boeingi, to prawdopodobieństwo tego, że za sterami siedzieli Arabowie nie umiejący powozić awionetką i nie znający „American English” jest ZERO (p=0). Jeśli wszystkie trzy wieże (nie dwie, średnio otumaniona Osobo!) zawaliły się w czasie zgodnym ze swobodnym spadaniem ciał na Ziemi (a=g), to jest pewne (p=1), że nastąpiło to na skutek jednoczesnych wybuchów na wielu piętrach, niszczących konstrukcje nośne tych budynków. Musiało to być przygotowywane miesiącami przez wielkie grupy profesjonalistów, pewnych możnej opieki i bezkarności. Jeśli Komisja rządu USA orzeka, że te wieże zawaliły się „na skutek nacisku górnych pięter”, to do komisji tej skierowano, ściślej: wybrano, nie tylko jołopów, ale i zbrodniarzy. Piszę jołopów nie dlatego, że nie wiedzieli, że to fizycznie niemożliwe, ale dlatego, że chyba uznali, iż zastraszony naród amerykański nie ośmieli się tej sprawy podnieść. Ale dlaczego zbrodniarze nie zostali osądzeni i ukarani? Jeśli podana oficjalnie trajektoria Boeinga, który miał trafić w Pentagon, wymagałaby przyspieszeń do 36 g, oraz skurczenia się grubego samolotu do rozmiarów małego myśliwca czy latającej bomby, i to tuż przed uderzeniem w ścianę Pentagonu, to prawdopodobieństwo takiego procesu jest zerowe (p=0). Dokładnie, matematycznie ZERO.

Z drugiej, naszej strony (słoń a sprawa polska):Jeśli pan Kushner brał udział w „pracach” tej komisji i jej wnioski podpisał (nie jestem tego pewien), to świadomie skłamał swemu Narodowi. Szansa, że pomoże ujawnić prawdę Smoleńską jakiemuś egzotycznemu narodkowi – no, też jest bardzo bliska ZERU.

Teraz u nas: Jeśli coś ścięło brzozę (zostańmy przy tym terminie, choć była to zapewne topola…) samym czubkiem skrzydła (drzazga…), przelatując na wysokości 5-6 metrów, to prawdopodobieństwo, że „się urwie” kawał skrzydła o długości ok. 4-5 metrów, a więc nastąpi duża nierównowaga sił nośnych skrzydeł, jest bardzo bliskie ZERA (p=~0). Jeśli zaś cała okolica tego drzewa nie odczuła podmuchu wichru o prędkości 100-300 km/h, to prawdopodobieństwo takiego przelotu i zdarzenia jest dokładniezerowe (p=0).

Jeśli właz przedni Tu154 jest oparty o drzewo w pozycji wskazującej na lot w kierunku przeciwnym niż hipotetyczny lot Tu154, to musiał go tam ustawić wybuch nadający odwrotny kierunek lotu lub źle przeszkolona ekipa robotników, a nie – rozpad kadłuba na skutek pędu początkowego o znanym zwrocie. Ta ostatnia hipoteza miałaby (p=0). Jeśli czarna skrzynka, przedmiot ciężki i kulisty, więc łatwo toczący się, został znaleziony na początku „drogi rozpadu” samolotu, to prawdopodobieństwo, że oderwała się ona z tegoż kadłuba, z okolic ogona i poleciała zgodnie z kierunkiem postulowanego ruchu kadłuba jest (p=~0). Jeśli plamy błota na fragmentach skrzydeł i ogona są po jednej stronie tych elementów, oraz mają kształt plam kołowych (Krzysztof Cierpisz), to wyklucza to przemieszczanie się tych elementów w sposób przypadkowy, przy prędkości 300-100 km/h, jako skutek energii kinetycznej rozpadającego się kadłuba w błotnym, miękkim terenie (p=~0).

Analiza szczątków Tu154M wskazuje, że części z duralu nie zostały ZGNIECIONE, lecz rozerwane. Konieczne jest sprawdzenie tego twierdzenia w laboratoriach specjalistycznych. Jeśli zostanie potwierdzone rozerwanie, to WYBUCH przestanie być hipotezą, choćby była ona obecnie najbardziej prawdopodobną. To samo dotyczy badań, pod kątem analizy śladów wybuchu, zawartości trumien.

Takich faktów sto (lub więcej) znamy. Są dobrze udokumentowane. Tu nie trzeba rozwiązywania układu równań różniczkowych, o których pisują różne uczone trolle.

W rozumowaniach, w których do udowodnienia tezy konieczny jest cały ciąg przesłanek, obalenie jednej urywa i czyni bezużytecznym cały ten łańcuch. W proponowanej metodzie – odwrotnie: Choćby udowodniono, że wszystkie argumenty poza jednym są błędne, to ten jeden, który się ostał, jest decydujący.

 

Wynika z tego, że:

Ponieważ o tym, kto będzie prowadził śledztwo zadecydowali tchórze i zdrajcy, a może i mordercy, musimy każdym kosztem ujawnić i udokumentować te oczywiste fakty, które uniemożliwią wrogom dodanie do Zbrodni Smoleńskiej jeszcze Kłamstwa Smoleńskiego. Zebranie i porządne sformułowanie jednego, spójnego, jednolitego tekstu musi się odbyć w gronie sprawdzonych już przez te siedem miesięcy, wzajemnie sobie ufających i skutecznych analityków. Poza rykiem i wrzaskiem trolli. A potem – wynik przekażemy jawnie do Prokuratora Generalnego (ktokolwiek nim będzie) i Prokuratury Wojskowej.

Bo oni wiedza, że „politycy” (to ci, co obecnie deklarują, że „polityką się nie chcą zajmować”), gdy Prawda zostanie formalnie ujawniona, pewnie spadną na cztery łapy (no, może z jedną oderwaną), ale urzędnik czy prokurator jest kandydatem na Kozła Ofiarnego. Czego on bardzo nie lubi. A może też – znajdzie się wśród tych ostatnich i patriota, by uniemożliwić prawne przyklepanie fałszu.”

 

 

Porównałem tu 9/11 w USA i Smoleńsk.

Był w tym czasie w Warszawie Amerykanin, chyba Kushner, który wcześniej podpisał się pod oficjalnym Raportem rządowym o 9/11. Dowodziłem, że jeśli ktoś kłamie w sprawie 9/11, nie wolno na niego liczyć w sprawie Smoleńska. Zadziwiło mnie, że grupa osób wtedy badających „Smoleńsk”, a zainteresowana pomocą Kushner’a, nie chciała słyszeć i widzieć argumentów o 9/11. Kushner podpisał oficjalną rządową ewidentnie zakłamaną wersję wydarzeń 9/11.

Na moje pytanie: Dlaczego liczycie, że człowiek, który kłamał w najważniejszych sprawach swego kraju, będzie zainteresowany w ujawnieniu prawdy w obcym kraiku?, odpowiadano: „Milcz! To przecież sojusznik”. Takie moje postawienie sprawy wyraźnie gospodarzy spłoszyło. Ta logika, zapewne często stosowana w zdegenerowanej polityce, jest sprzeczna z metodami nauk ścisłych.

Rola płatnych trolli jest jasna. Ale… Po mojej notce z 2010 roku, wykazującej że ew. urwanie skrzydła tutki na pancernej brzozie na wysokości 5.6 metra miałoby jako konsekwencję figury wyższej akrobacji (ta nieszczęsna „beczka”) zachodzące wiele metrów pod ziemią (bo geometrycznie na tej wysokości nie ma miejsca na „figury”) odezwał się na Salonie24 mój dawny miły znajomy, ojciec jezuita Krzysztof Mądel, by wykazywać czytelnikom z dużą dozą pewności siebie, że on, jako ekspert lotniczy (sic!) wie, że tutka mogła po tym zderzeniu wznieść się w górę – to robi się naprawdę STRASZNIE.

FYM: Pytania w tej materii (smoleńskiego śledztwa) można by mnożyć. Jest np. cała sprawa wylotu z Okęcia, monitorowania przelotu, dokumentacji związanej z tym, co się działo na warszawskim lotnisku; jest sprawa zobrazowań radarowych podczas przelotów statków specjalnych 10 Kwietnia; jest sprawa polskich świadków (podkreślam polskich, nie żadnych ruskich leśnych dziadków, z których jeden się musiał koła samochodu trzymać, by go pęd powietrza spod brzozy nie porwał, a drugi widział „wybuch jak żółtko”) będących tamtego dnia w Smoleńsku; jest sprawa świadków w Katyniu; jest sprawa rezerwowania lotnisk zapasowych; jest sprawa rzekomo nieczynnego lotniska w Witebsku… Jest mnóstwo rzeczy do zbadania – tymczasem nie są one analizowane. Dlaczego?

MD: STRACH. Zwierzęcy strach. Pies długo katowany liże oprawcy buty i merda ogonkiem, nawet złamanym przed chwilą. Jak doprowadzono do tego nieludzkiego stanu duże grupy Polaków?

Chyba się nie mylę, że odlot z Okęcia samolotów (tutka, parę jaków?) jest jedynym w światowej historii odlotem Głowy Państwa, Generalicji, osób towarzyszących, dziennikarzy itp.) bez dokumentacji fotograficznej i filmowej, bez dokumentów lotu. Nawet osobiście odczułem Paraliż Strachu u osób, które mogłyby wiedzieć, czy mieć dowody na to, co rankiem 10 kwietnia działo się na Okęciu. Pewna Poważna Pani profesor (dziękuję, Marto!) pisała mi w 2010 r. ostrzegawczo, bym tak nie nastawał na niezależne ekshumacje, bo jeśli PRAWDA wyjdzie na jaw – to co nam zostanie? Wojna z Rosją? Przy takiej dysproporcji sił?

Tymczasem, przy analizie kinematyki i dynamiki Zdarzenia nie myślimy o tym, kto to zrobił. Jeśli czerwoni, to może Marsjanie, bo to Czerwona Planeta. Dopiero przy ocenie prawdopodobieństw zafałszowania danych bierzemy pod uwagę, SKĄD te dane pochodzą.

Po dwóch latach podtrzymuję to, co pisałem do JK 10 maja 2010: „Mamy nadzieję, że nie uległ Pan naciskom, iż „ludziom nie można Prawdy przekazać – jest zbyt straszna i niebezpieczna”. Polacy chcą i muszą poznać Prawdę, jeśli mają pozostać narodem”.

FYM: Z maila od Pana dowiedziałem się, że red. L. Szymowski bez Pańskiej wiedzy i zgody wykorzystał Pańskie materiały w swojej książce. Nie przyszło mi to do głowy, że mogła zaistnieć taka sytuacja, toteż wspominając w „Czerwonej stronie Księżyca” o tym, iż w „Zamachu w Smoleńsku” są odwołania do Pańskich badań, nawet nie sprawdziłem tej kwestii, zakładając, iż publikacja odnosiła się do czasów, gdy był Pan jeszcze ekspertem Zespołu. Jak więc ocenia Pan nie tylko książkę Szymowskiego, ale i te kolejne publikacje podtrzymujące wersję z zamachem na/nad Siewiernym? Mam na myśli „Zbrodnię smoleńską” napisaną przez „Zespół Niezależnych Ekspertów” (moim zdaniem „fachowców wojskowych”) i niedawną „Musieli zginąć” L. Misiaka i G. Wierzchołowskiego?

MD: Leszek Szymowski, „Zamach w Smoleńsku” – p. Leszek bywał u mnie, rok-dwa wcześniej, gdy chciał nagłośnić medialnie sprawę FOZZ. Niestety, sprawa go przerosła. Gdy więc chciał, po pojawieniu się na wielu portalach wspomnianego wyżej tekstu o Smoleńsku (Zeznania świadka Mirosława Dakowskiego dla Prokuratury Wojskowej 8 listopada 2010 r. – tu:http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=2605&Itemid=100), bym odpowiedział na jego pytania (wtedy chciał opublikować na początek w NCz!) – napisałem mu prawdę, że jego proponowane pytania są niemądre, świadczą o braku jakiejkolwiek wiedzy ścisłej i brakach w nauce logiki – i zaproponowałem (moje) tak pytania, jak odpowiedzi.

Gdy jednak kolejny raz wszystko przerobił pod kątem „wielkich praw” itp. trąba- bąba, wygoniłem go. On znów jednak powtórzył swe (niemądre) pytania, trochę zmodyfikowane. Wtedy zakazałem „wkładania mi w usta” czegokolwiek. Zagroziłem, że mu [----] (nie wypada cytować…). W książce skopiował więc me zdania z już opublikowanego powyższego tekstu.

Dodał jednak coś o mej sławie w dziedzinie praw pędu…”. Brr. Nie mógł się powstrzymać… Mówię o tym, bo Pan cytował mnie w Czerwonej stronie Księżyca, jakby z książki tego młodego dziennikarza. A to, co wypisał o mnie L. Sz. ośmieszyło mnie w oczach kolegów (na Salonie 24 grzmiał prof. Rafał Broda). Zmartwiłoby mnie, gdybym przywiązywał wagę do takich nielogicznych kłamstewek żurnalistów i braku logiki kolegów.

 

Płk. A. i „Anatomia Zamachu”. Mój kontakt z tą sprawą jest tak absurdalny, że opiszę szczegółowo. WM proponował mi współpracę z gronem wojskowych, dawniej ze „służb”. Odmówiłem, wyjaśniając, że nie mam sił ani czasu na zabawę z takimi szachistami, którzy przecież nawet stałych reguł gry nie uznają, nie mówiąc o możliwości zaufania im. Po ok. 3-ch miesiącach WM przyniósł mi wydruk angielskiej wersji tej pracy. Było to w pidgin inglish, o wiele gorzej, niż gdyby to było tłumaczenie maszynowe. Zdziwiłem się, bo autor podobno był 8 lat dyrektorem firmy lotniczej w Anglii.

Tekst polski, który mi po paru tygodniach przyniósł sam płk. A., był o niebo lepszy. Płk. A. tłumaczył mi, że „tamto” przetłumaczył w pośpiechu (choć w tekście polskim są raczej ślady tłumaczenia z angielskiego). Był tajemniczy, skąd ma te dane o Mig-ach 29 i ich lotnisku. Sugerował, że był tam z kolegą, też oficerem, ale mają również dane od ruskich, kolegów (wojskowych, ale anty-putinowskich). Na moje pytanie, jak można trafić na przygotowany uprzednio z dokładnością do 10-50 metrów plac z Inscenizacją (a jej byliśmy już wtedy pewni) z tutką zestrzeloną przez miga dawał odpowiedzi nieprzekonywujące. Całość – dużo materiałów ciekawych, ale ile z nich wiarygodnych – nie wiem.

A Musieli zginąć” L. Misiaka i G. Wierzchołowskiego już nie czytałem, oni wcześniej okazali się „ślepymi na jedno oko”. Mój czas jest coraz cenniejszy, bo go mało.

FYM: Jedna rzecz nie daje mi spokoju – aktualnie już tylko Zespół pozostaje instytucją władną jakoś pogłębiać wątki śledcze i zdobywać nowy materiał dowodowy czy nawet procesowy – tymczasem można odnieść wrażenie, iż zostało (już od ponad roku) zupełnie zarzucone przesłuchiwanie świadków (ściśle związanych ze „Smoleńskiem”). Nie widzieliśmy więc ani wielu dziennikarzy, którzy byli w okolicach smoleńskiego wojskowego lotniska (lub rychło tam przybyli z Katynia), ani wielu urzędników państwowych, ani ludzi z 36 splt itd.

MD: Jest nadzieja: wydaje się, że do pracy w ZP posłowie zapraszają coraz więcej ludzi nauk ścisłych, którzy zechcą wreszcie przy swych analizach zaznaczać, że te konkretne analizy”, jak „dwa wybuchy”, na jakiej wysokości zaszły itp., robione są na podstawie danych otrzymanych, podrzuconych czy przekazanych przez MAK. Takie dane przecież analizują firmy amerykańskie, jak Avionics itp. Zgoda, że nie można w tym wypadku przyjąć najlepszej taktyki, którą ktoś z blogerów zaproponował na początku: „MAK w dupie”. Wystarczy jednak przecież dodać po analizie: „Jeśliby dane, na których się oparłem, były autentyczne, to…

A tylko z autentycznych rejestratorów można będzie (może?) odzyskać informacje sprzed fałszerstw. Zakładanie, że MAK zawsze oszukuje (na co mamy dowody), ale „w tym wypadku” musimy się na ich danych oprzeć – czyli uznać je za prawdziwe – nie jest już chyba naiwnością. Byłoby – czymś gorszym.

Na polityków mniej działają argumenty, a więcej – nacisk. Więc naciski społeczności blogerów (a widzę za miłym zdziwieniem, że taka społeczność w sprawie ZBRODNI jednak powstała i jest prężna) mogą tu wiele zmienić.

Ale na dotarcie do PRAWDY, tj. ujawnienie dowodów siłami samych Polaków – raczej nie liczę. Za dużo strachu i zakłamania. Potrzebna jest nam oraz szczególnie Rosjanom radykalna zmiana w Rosji. Zaś runięcie Imperium Kłamstwa i Zła jest możliwe – patrz odpowiedź na następne pytanie, na końcu.

FYM: Czy Pana zdaniem powstanie wnet komisja międzynarodowa ws. tragedii z 10-04?

MD: Wielkie siły globalistyczne wyraźnie prą świat do jakiejś katastrofy. Sytuacja tak polityczna, jak gospodarcza staje się coraz bardziej niestabilna. Jednak wbrew obawom wielu znawców, w USA jest jeszcze duży potencjał, duży odłam zdrowego społeczeństwa, który to widzi – i może zareagować. Przed laty miałem przyjaciela, generała CIA, katolika. Mówił z troską o kierunku zmian w Stanach. Ale twierdził, że możliwe jest odrodzenie tego narodu, zmiana kierunku polityki państwa z samozagłady na kierunek ozdrowieńczy. I wtedy my mamy szansę, bo tak odnowionej Ameryce potrzebni będą lojalni a uczciwi sojusznicy. Jeśli ten odwrót od polit-zakłamania tam nastąpi – to szybko pojawią się dowody, filmy, w ogóle realna pomoc w sprawie Zbrodni Smoleńskiej. Tak z USA, jak z NATO. Bo im to będzie się opłacało.

Czytelnicy mej strony wiedzą, że większą wagę przykładam jednak do kierunku, który w Polsce najodważniej i najjaśniej formułuje ksiądz Stanisław Małkowski:

 

I. Zawierzenie Pośredniczce wszystkich Łask, Krucjata Różańcowa o poświecenie Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi, jak tego Maryja żądała w Fatimie – ale przez tego Papieża, Benedykta XVI. Bo Rosja i Polska mają już mało czasu. II. Krucjata Różańcowa za Ojczyznę – już 10 % biskupów w niej uczestniczy, teraz „wystarczy” zachęcić 10 % Narodu (no i pozostałe 90% biskupów) – III. Intronizacja Jezusa Króla Polski – tu opór biskupów jest jeszcze spory – ale oni też, jak politycy, są podatni na mocne żądania Narodu. Tę sprawę od kilkunastu lat prowadzi świetna grupa związana z ks. Tadeuszem Kiersztynem.

FYM: Dziękuję za rozmowę.

Posiedzenie Zespołu po 4 m-cach (1)

27th Kwiecień 2012 by FYM No Comments

Posiedzenie Zespołu – podsumowanie 4 m-cy pracy – 27 października 2010 (dwa dni później przesłuchiwany jest min. A. Duda); ta data jest istotna dlatego, iż jest to czas na długo przed publikacją raportu komisji Burdenki 2, a więc Zespół nie dysponuje jeszcze danymi zawartymi w tymże dokumencie, które to dane staną się potem tak ważne przy opracowywaniu hipotezy dwóch wybuchów na pokładzie. Posiedzenie składa się z kilku części (później są wypowiedzi przedstawicieli rodzin ofiar tragedii) zaprezentuję pierwszą – tj. przemówienie min. A. Macierewicza. O ile bowiem na stronie Zespołu jest dostępny stenogram z przesłuchania J. Pospieszalskiego i E. Stankiewicz z 13 kwietnia 2011 (http://smolenskzespol.sejm.gov.pl/index.php?option=com_content&view=category&layout=blog&id=48&Itemid=41&lang=pl), o tyle wciąż, od blisko dwóch lat nie ma stenogramu właśnie z tamtego październikowego posiedzenia z 2010, tak jak i z kilku innych (późniejszych lub wcześniejszych) – z posiedzenia z udziałem Dudy, S. Wiśniewskiego, M. Wierzchowskiego, J. Brudzińskiego, T. Szczegielniaka, J. Opary oraz z części przesłuchania min. J. Sasina. Podobnie, poszerzonej „Białej Księgi” także jak nie było dostępnej on-line, tak nie ma (http://smolenskzespol.sejm.gov.pl/biala_ksiega_uakt).

Dla dociekliwych wprawdzie są zamieszczone (jeszcze?) do pobrania niektóre dokumenty związane z 10-04 na stronie z konferencjami Zespołu (http://smolenskzespol.sejm.gov.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=79&Itemid=37&lang=pl), choć kończące się na… listopadzie 2010 – i tak np. na sierpniowej (05-08-2010) konferencji/briefingu przedstawiana jest korespondencja dot. wizyt przygotowawczych oraz zamkniętego lotniska w Smoleńsku i zamieszczony jest nie tylko mail M. Jakubika do śp. D. Jankowskiego, ale i inne pisma (niestety, nie wszystkie podpisane): śp. K. Doraczyńskiej (04-03-2010) o odwołaniu przez organizatorów wizyty przygotowawczej, dwa maile Moniki B. (nazwisko zamazane) z Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa (31-01-2010 oraz 2-02-2010) do kogoś z KP (początek adresu mailowego zamazany) dot. marcowego wyjazdu grupy przygotowawczej, Magdaleny P. (nie wiadomo do kogo, ale można podejrzewać, iż chodzi o pracowników KP) dot. wizyty przygotowawczej 24-03-2010.

Ponownie pojawia się mail od Jakubika (z 11-03-2010) zapewne do ludzi z KP zatytułowany „RE: ustalenia co do miejsc w samolocie”: „Witam, chciałem potwierdzić, że wizyta przyg. ma być 24.03.2010. Takie info uzyskał wczoraj Amb. Bahr w Moskwie. Odnośnie wiz i wniosków etc. Od razu sugeruje abysmy wystapili o dwukrotna wize (na przygotowanie i na wizyte) aby nie trzeba bylo powtornie robic wiz w kwietniu. Pzdr Maciek”. Treść tego właśnie maila jest o tyle interesująca dla paranoików smoleńskich sugerujących, iż nie było słynnego białoruskiego safari pracowników KP, iż w takim razie niektórzy (jak choćby Jakubik) musieliby mieć przyznaną ruską wizę (i na wizytę z marca, i następnie na tę sprzed uroczystości, tj. 9 kwietnia 2010).

Na koniec jest podany fragment czyjejś relacji (zeznań?) o treści: „W trakcie rozmowy poruszone zostały także niektóre kwestie przygotowań uroczystości katyńskich w dniach 7 i 10 kwietnia br. Stwierdziłem, iż mimo zapewn[ień] strony rosyjskiej wciąż brak oficjalnego potwierdzenia, czy w dniach 7-10 kwietnia zosta[nie] uruchomione na potrzeby uroczystości (obecnie zamknięte) lotnisko w Smoleńsku”. Ten ostatni dokument, jak można się domyślać, mógł być związany z jakimiś ustaleniami po wizycie przygotowawczej z drugiej połowy marca 2010 – ale kto z kim rozmawiał o „obecnie zamkniętym” smoleńskim lotnisku (i komu to przekazywał wyżej), nie wiadomo.

Gdyby jednak w ostatnim tygodniu marca 2010 wciąż istniały tak duże znaki zapytania, co do docelowego ruskiego lotniska, to oczywistym byłoby (uprzednie lub równoczesne) ustalenie z ambasadą w Mińsku, iż prezydencka delegacja skierowana będzie na któreś z białoruskich lotnisk. Witebskie Wostocznyj (UMII) wydawałoby się tu najbardziej optymalnym rozwiązaniem z racji stosunkowo niedużej odległości od Katynia. Czy więc w związku z tym nie było żadnej mailowej korespondencji między urzędnikami KP a np. H. Litwinem, ówczesnym ambasadorem w Białoruskiej SSR (obecnie na ciepłej posadce z innym ważnym świadkiem z 10 Kwietnia, D. Górczyńskim, w kijowskiej ambasadzie)? Nawet zwykła proceduralna rutyna zakładałaby „zaklepanie” (przez organizatorów uroczystości) kwestii zapasowych lotnisk, wszak chodziło o wizytę międzynarodową i to z przelotem przez przestrzenie powietrzne kontrolowane przez wojska dwóch różnych państw (wrogich wobec NATO), stąd ewentualne zmiany, co do docelowych miejsc wylądowania prezydenckiej delegacji, nie były kwestią, którą można byłoby załatwiać w ostatniej chwili i byle jak. Mimo to do tej pory żadne pisma/maile związane z rezerwowaniem białoruskich lotnisk nie ujrzały światła dziennego w żadnym z dotychczasowych polskich opracowań związanych z „katastrofą smoleńską”.

Przenosimy się, zgodnie z zapowiedzią na wstępie, na posiedzenie z końca października 2010. Tym, co szczególnie zwraca uwagę w tym wystąpieniu AM jest pominięcie przesłuchań dotychczasowych świadków z KP oraz (podana pod koniec) wstępna hipoteza dotycząca przyczyn „katastrofy”. Pojawia się też odwołanie do relacji świadka, który ponoć widział, iż samolot uderzył w pancerną brzozę, lecz nie utracił skrzydła (jak można sądzić to zeznania jednego z leśnych smolenskich dziadków). Moje wtrącenia zamieszczam jak zwykle w nawiasach. Ponieważ nie są to zeznania, uładziłem mówiony tekst, pomijając drobne językowe potknięcia.

AM (od 0’41”): „Chcieliśmy dzisiaj po blisko 4 m-cach pracy Zespołu przedstawić pierwszą wersję zarówno naszego stanowiska czy też… sprawozdania, do którego doszliśmy na podstawie dotychczasowych analiz i badań, ustaleń, do których doszliśmy. Jak mówię, to jest wersja zupełnie, zupełnie wstępna, a także chcieliśmy i nie do publikacji (?; dlaczego w takim razie zapis audio zamieszczono? – przyp. F.Y.M.), co jest tutaj na wszelki wypadek zaznaczone, a także chcieliśmy przedstawić sprawozdanie czy relację z dotychczasowych prac. Jak mówię, minęło już blisko 4 m-ce, to jest wystarczający, jak sądzę, czas, żeby tych kilka słów, relacji, Państwu przedstawić i ewentualnie prosić o wskazówki czy też ustalić, jakie kwestie powinny mieć w dalszym toku naszych prac pierwszeństwo, na które położyć nacisk i jak te prace mają w dalszym ciągu wyglądać.

Państwo z pewnością zdają sobie sprawę z tego, że nasz Zespół ma charakter szczególny. Przede wszystkim ze względu na przedmiot jego prac, na tę straszliwą tragedię, której rzeczywiście nie ma precedensu ani w historii Polski, ani w historii współczesnego świata. Te słowa, które już zostały wypowiedziane na samym początku tej tragedii, w pierwszych nieomal minutach, powoli na skutek różnorodnych zabiegów medialnych zacierają się w doraźnej świadomości ludzkiej, ale nie wątpcie Państwo, że one dobrze opisują, trafnie opisują istotę rzeczy i to one pozostaną w historii – i rzeczywistość, którą one opisują przetrwa i przejdzie do następnych pokoleń. I sprawa, dramat smoleński pozostanie w historii Polski obok dramatu katyńskiego i wielu innych straszliwych wydarzeń, które położyły się olbrzymim, olbrzymim cieniem na naszej historii, ale też stanowiły dla żywych wyzwanie. Stanowiły dla żywych zobowiązanie. Stanowiły i stanowią dla nas olbrzymi, olbrzymie, że tak powiem, zadanie do wyjaśnienia wszystkich okoliczności.

Nasz Zespół powstał właśnie w tym celu – przy pełnej świadomości słabości, jaką rzeczywiście prezentujemy – bo to jest prawda, nie jesteśmy organem wyposażonym we wszystkie ustawowe możliwe kompetencje. To prawda. Komisja śledcza posiada dalej idące kompetencje. No tylko że o komisji śledczej decyduje doraźny układ polityczny, który sprawia, że większość może zablokować jej rzeczywiste działanie. Prac naszego Zespołu nie może zablokować żaden organ sejmu ani żaden inny organ państwowy, bowiem przynależność do niego i działanie w nim jest dobrowolne, a jego status opisany poprzez konstytucję w regulaminie sejmu rzeczpospolitej. Nasze kompetencje są wynikiem ustawy o prawach i obowiązkach senatora. W chwili obecnej Zespół liczy blisko 160 osób, ja nie będę szczegółowo referował tego materiału, bo Państwo go dostaniecie albo już dostaliście na stół, więc szczegółów różnorodnych nie będę referował. Jak Państwo wiecie, ukonstytuowaliśmy się ostatecznie w drugiej połowie lipca (2010 – przyp. F.Y.M.). Obecnie Zespół liczy 158 osób. Przeprowadziliśmy 15 posiedzeń całego Zespołu, 30 posiedzeń prezydium. Nie będę tego wszystkiego, jak mówię, do końca dokładnie referował, bo nie chcę Państwu zabierać za dużo czasu – chciałbym tylko wskazać na rzeczy następujące.

Po pierwsze. Znajdujemy się pod nieustannym ostrzałem części mediów, które albo w sposób złośliwy przeinaczają nasze prace, albo starają się je pomijać. Mimo to jednak, dzięki wielkiemu wysiłkowi całej społeczności międzynarodowej (? – przyp. F.Y.M.), wielu indywidualnie działających osób, części skromnej, ale istniejącej mediów, a także wysiłkowi wielu z Państwa, dotarliśmy do szeregu informacji, które w inny sposób i innym trybem nie mogłyby zostać ustalone. I chcę Państwu przedstawić te, te rozstrzygnięcia, ustalenia Zespołu, które są wynikiem naszej pracy.

One mogą być uznane czasami za istotne, czasami za drugorzędne, ale razem złożyły się na ważny obraz przebiegu wydarzeń. A więc po pierwsze – to dzięki Zespołowi został[a] ustalona kwestia, no, bardzo dwuznacznych okoliczności związanych z remontem Tu 154M w okresie maj-grudzień 2009 r. Zarówno tryb wyznaczenia firm, które były pośrednikami w tym remoncie, jak jego przebieg, a wreszcie firma ros., która go dokonywała i skutki tego remontu – każą bardzo głęboko zastanowić się nad tym, czy nie tutaj był początek dramatu, który następnie się rozegrał. W każdym razie jest bezsporne, że po tym remoncie wykonywanym w firmie p. Olega Deripaski, po tym remoncie wykryto kilkanaście istotnych usterek. Istotnych usterek. W tym związanych z blokiem autopilota i z silnikiem.

Druga kwestia jest związana z odpowiedzialnością p. min. obrony narodowej Bogdana Klicha, który sam w lutym 2010 r. stwierdził, że (…) pułk specjalny, (…) który organizuje przeloty VIP-ów nie daje gwarancji bezpieczeństwa, że jest tak w złym stanie techniczno-organizacyjnym, na skutek zresztą zaniechań samego ministra i ministerstwa, który nigdy nie zgodził się na kupno nowych saolotów – że nie może zagwarantować bezpieczeństwa przelotów. To jest decyzja p. min. Klicha, to jest jego rozporządzenie, które wydał w lutym 2010 r. (szkoda, że tego dokumentu nie upubliczniono w „Białej Księdze” – przyp. F.Y.M.). Mimo to, mimo to następnie sam wskazał osoby z najwyższego dowództwa wojsk RP, które mają na ten lot polecieć. Podpisał się pod tym, opatrzył to notą, że „tak, mają lecieć, zwłaszcza, że ja sam także się wybieram”. I jak Państwo wiecie, nie wybrał się.

Jego odpowiedzialność wynika także z tego, że to on podpisał instrukcję HEAD mającą formę rozkazu i zarządzenia ministra, podjętą w r. 2009, która to instrukcja HEAD formułowała zasady wyznaczania samolotu dla VIP-ów. To nie p. Prezydent i nie jego kancelaria wyznaczała ten samolot, ale p. Tomasz Arabski, szef kancelarii premiera rzeczpospolitej. To jest kuriozum, z którego Polacy, a także osoby poza granicami kraju w ogóle sobie nie zdają sprawy i nie są w stanie zrozumieć, jak może być tak, jak może dojść do takiej sytuacji, że Prezydent nie ma żadnego wpływu na to, by wyznaczyć, kiedy i jakim samolotem poleci, że o tym decyduje nie on, nie jego zespół, tylko urzędnik i to nie najwyższej wagi premiera rządu – ale tak rzeczywiście to zostało ustalone i (…) było to związane z pewnymi okolicznościami politycznymi.

Po czwarte wreszcie, została przez nas ujawniona szczególna rola właśnie p. Tomasza Arabskiego, który był osobą, która wyznaczyła termin odbycia się uroczystości na 10 kwietnia (??? – przyp. F.Y.M.), to jest jego decyzja. Jest jego parafa na stosownym dokumencie wskazująca, że to ma być właśnie 10 kwietnia, [Arabskiego] który był osobą prowadzącą główne rozmowy polit. w Rosji, podczas których to rozmów jasno strona ros. powiedziała, że nie będzie zabezpieczała przelotu p. Prezydenta, że protokół dypl. ros. nie będzie brał w tym udziału, ale będzie zabezpieczała przelot p. premiera. To jest udokumentowane i rola p. Tomasza Arabskiego jako głównej osoby prowadzącej te negocjacje i kierującej tymi negocjacjami została przez Zespół ustalona (jaki był przebieg tych negocjacji? – przyp. F.Y.M.).

Wreszcie (…) następna kwestia związana już z samym przebiegiem katastrofy. Chodzi o utratę skrzydła w wyniku uderzenia o brzozę. Wszystkim to się wydawało rzeczą przynajmniej wątpliwą. Zespół dotarł do relacji świadków wydarzeń, osoby, która widziała przebieg katastrofy i widziała, jak uderzył samolot skrzydłem w tę brzozę i stwierdza, że to uderzenie nie spodowało zmiany ani w pozycji w osi, ani względem pasu startowego lotu samolotu. Oczywiście, to jest relacja, być może, być może będą inne świadectwa, które będą inaczej tę rzecz sytuowały, ale ta relacja została systematycznie przemilczana – chociaż jest w posiadaniu prokuratury i w posiadaniu (…) rządu. Rzecz jest zupełnie kluczowa, dlatego że jak Państwo zdajecie sobie sprawę, na tym właśnie opiera się cała teza Międzynarodowego Komitetu Lotniczego p. Anodiny, co do kształtu katastrofy i co do skutków – bo wszyscy się zgadzają z tym, że lądowanie na brzuchu nie spowodowałoby tak straszliwych skutków, jak to, do czego doszło. W związku z tym sformułowano hipotezę, że on się odwrócił na plecy, gdzie jest słabsze ubezpieczenie, które doprowadziło, musiało doprowadzić do tak strasziwych skutków śmiertelnych. Otóż być może on się obrócił na plecy – w tej sprawie nie zabieram zdania – ale na pewno nie był to wynik uderzenia w brzozę.

Dodatkowym elementem związanym z tą sprawą, jest oświadczenie p. Edmunda Klicha, które padło ostatnio, w ubiegły piątek – który w odpowiedzi na nasze pytania, Zespołu, stwierdził jednoznacznie, że ani on, ani żaden z pol. ekspertów, nie analizował tego skrzydła. Chcę to podkreślić, ponieważ uważam tę sprawę za szczególnie istotną i skandaliczną zresztą, i skandaliczną. Otóż podczas analiz wraku, których dokonywano, (…) pol. eksperci nie dokonywali analizy tego skrzydła i tego, co się z nim zdarzyło. W związku z tym nie dysponujemy w istocie żadnym materiałem obiektywnym, pozwalającym stwierdzić, czy rzeczywiście teza MAK-u o tym, że to ułamanie skrzydła było powodem przewrócenia się samolotu na plecy i upadku ma jakiekolwiek odniesienie do stanu faktycznego – a dysponujemy relacją, o której mówiłem, która stwierdza, że do takiego zajścia w ogóle nie doszło.

Wreszcie Zespół dotarł do autentycznej dokumentacji ros., ustawodawstwa z 2004 r. podpisanego przez p. premiera Putina – normującego zasady lądowania i wykonywania startów na lotniskach państwowych, tej kategorii, jakim było lotnisko Smoleńsk-Siewierny, stwierdzającej jednoznacznie, że jedynymi upoważnionymi do wydawania zezwolenia lub startu samolotu na takim lotnisku, jest kontrola naziemna. Chcę to raz jeszcze też powtórzyć. W przepisach ros. jest jasno powiedziane: tylko kontrola naziemna może powiedzieć: zezwalam na lądowanie albo musi powiedzieć: zakazuję lądowania. Nie ma trzeciej opcji.

Kontrolerzy lotu czy też szefowie lotniska muszą wydać taką decyzję – taką lub inną. Nie mogą pozostawić rzeczy, sprawy w zawieszeniu. To normują przepisy ros. – Zespół je, że tak powiem, odnalazł. One nie są takie trudne do odnalezienia, tylko trzeba popracować w Internecie, ponieważ to jest publicznie dostępna informacja, tylko, jak mówię, trzeba troszeczkę wysiłku i dobrej woli, i chęci. Mówię to także pod adresem komisji p. Millera, pod adresem innych osób, które z ramienia rządu tym się zajmowały i rozkładają ręce, mówiąc, że nie wiemy jak było. Wiemy, jak powinno być, bo przepisy są absolutnie, absolutnie jasne.

(I teraz kwestia przyczyn „katastrofy” – przyp. F.Y.M.)

I wreszcie na koniec chcę przywołać informacje, jakie Zespół uzyskał, dotyczące ukrywanych przez rząd i prokuraturę, kluczowych kwestii wskazujących właśnie na to, że przebieg wypadków był inny niż to, co się upowszechnia. A więc po pierwsze, fakt, iż załoga Tu 154 M w dniu wylotu dysponowała innymi kartami podejścia i mapami podejścia niż te, które były w dyspozycji załogi z 7 kwietnia. Tamte miały o wiele pełniejsze informacje dot. samego lotniska, a także inne – przede wszystkim chodzi o to, że długość pasa była inaczej wskazana. Wg danych, jakimi dysponowali piloci 7 kwietnia… 10 kwietnia, był on przesunięty w głąb o 300 m. Krótko mówiąc – oni mieli wrażenie, że pas jest o 300 m bliżej ich lądowania.

Po drugie, 9 kwietnia służba dyżurna operacji sił zbrojnych przekazała do Centrum Operacji Powietrznych informację o zagrożeniu terrorystycznym polegającym na tym, że może być, że może być dokonane porwanie jdnego z samolotów stolic Unii Europejskiej. Nic z tą informacją nie zrobiono – nie wdrożono żadnych zabezpieczeń (czy na pewno nie? Co wiemy pewnego o sytuacji na Okęciu z 10-04 rano? – przyp. F.Y.M.). Nie przekazano, jak twierdzi szef BOR-u, nie przekazano jemu tej informacji. Nie dokonano żadnych czynności, które by zabezpieczały p. Prezydenta, całą delegację, przed konsekwencjami zagrożenia terrorystycznego.

Trzeba dodać, że także ustaleniem Zespołu jest fakt, że nie sprawdzono lotniska Siewiernyj przed wylotem. Oni nigdy nie było przez pol. borowców rekonesansowane. Nigdy go nie oglądano – nie oglądano lotniska, płyty, wieży, ludzi, którzy tym się zajmowali. Strona ros. nie dopuściła służb pol. – a służby pol. się na to zgodziły. Ostatnie wydarzenie przebiegało w ten sposób, że już tam mieli być, w ostatnim momencie uzyskali informację, że przedstawiciele służb ros. zachorowali. I w związku z tym inspekcja lotniska nie doszła do skutku.

Ale być może najważniejsze z tych ustaleń, żeby już Państwa nie przetrzymywać, bo macie to wszystko spisane, więc nie chcę tego powtarzać – być może najważniejsze z tych ustaleń jest coś, co, czym dysponuje każdy Polak. Wiedza, którą wszyscy dysponujemy, tylko ona jest tak straszliwa, że mam wrażenie, została zepchnięta na margines. Ale trzeba ją podkreślić. Mianowicie, iż wiemy z pewnością, że do ostatniego momentu kontrolerzy z wieży, którzy przedtem się kontaktowali z Moskwą, z centralą w Moskwie, powtarzali pilotom: jesteś na ścieżce, jesteś na kursie. Ta informacja, zupełnie niezgodna z prawdą, zupełnie niezgodna z prawdą, była zapewne główną przyczyną tragedii. Czy ta informacja była przekazywana w ramach jakiegoś planu? Czy była przekazywana w pełni świadomie? Czy była wynikiem zbiegu okoliczności? Czy to wszystko, o czym mówimy, było wynikiem zbiegu okoliczności, czy jest wewnętrzna logika w tych (…) działaniach – począwszy od polit. aspektów tej delegacji, skończywszy na tych technicznych, o których mówiłem – my tego na obecnym etapie nie możemy i nie chcemy (…) przesądzić – ale jest faktem, że wydarzenia po tej katastrofie nasuwają najgorsze skojarzenia.

Po pierwsze, dlatego że strona ros. wystąpiła natychmiast, jeszcze w godzinie katastrofy, z całą serią oświadczeń rysujących pewien propagandowy obraz tego, co się wydarzyło – obraz nieprawdziwy, wprowadzający w błąd i zrzucający odpowiedzialność na Polskę, a zwłaszcza na pol. pilotów. Co więcej, (…) są to tezy, które po dzień dzisiejszy strona ros. podtrzymuje, a niestety, duża część pol. strony akceptuje – ze szczególnie wzbudzającymi oburzenie moralne i potępienie faktograficzne, polit. i merytorczyne – tezami uderzającymi w pilotów, a w szczególności w p. gen. Błasika. Ja chcę tutaj złożyć naprawdę wyrazy najgłębszego współczucia p. generałowej, że jej mąż i ona sama i rodzina, staliście się ofiarami tak bezprecedensowej i niebywałej w pol. historii napaści. Naprawdę nawet w latach stalinowskich nie mieliśmy do czynienia z taką sytuacją, by cały aparat państwowy tolerował i wspierał napaści na jednego z najwyższych wojskowych – bez żadnej przyczyny i żadnego dowodu. Cienia dowodu nie ma na te oskarżenia, które padają pod adresem pani męża, a nik go nie broni poza głosami tu siedzących. Żaden przedstawiciel rządu, minister obrony narodowej, premier, prezydent, nikt z tych ludzi nie występuje w obronie czci pani męża, któremu się naprawdę należą najwyższe wyrazy szacunku i podziękowania. Bardzo, bardzo nam przykro z tego powodu i proszę przyjąć wyrazy naszego… (oklaski)

Tak, oczywiście dotyczy to wszystkich pilotów, dotyczy ich rodzin, które są ofiarami takiej samej napaści i takich samych nieprawdziwych, nieprawdziwych oskarżeń. Otóż o dwóch kwestiach, żeby nie przedłużać, chcę jeszcze w tej sprawie powiedzieć. Po pierwsze, o tym, że prokuratura… a może wcześniej, o tym, że szef rządu, p. Donald Tusk, na samym początku sprawy podjął decyzję niezgodną z prawem pol., a przesądzającą o biegu wyjaśnienia tej sprawy, zarówno pod względem technicznym, jak i pod względem postępowania śledczego. Mianowicie decyzję o tym, że ona będzie wyjaśniana zgodnie z konwencją z Chicago z 1944 r. Trzeba pamiętać, to był statek państwowy – konwencja z Chicago w art. 4a i 4b jednoznacznie stwierdza, że ona się nie stosuje do statków państwowych. To jest powiedziane tam expressis verbis – tutaj nie może być żadnych domniemań czy wątpliwości – to jest wprost tak napisane: ta konwencja nie jest, nie ma zastosowania do statków państwowych. Ale ją zastosowano. Dlaczego ją zastosowano? Ano dlatego, że w ten sposób zdejmuje się zasadę eksterytorialności i w związku z tym nienaruszalności wszystkich części tego statku na tej zasadzie można było zabrać czarne skrzynki i na tej zasadzie wszystkie dowody znalazły się w rękach ros., bez jakiejkolwiek kontroli ze strony pol. To jest źródło wydarzeń, które się toczą od tamtego czasu i tej drogi ku podporządkowaniu się deklaracjom, decyzjom, rozstrzygnięciom ros., bo taka jest w istocie obecna taktyka (…) czy strategia rządu rzeczpospolitej.

I na koniec z przykrością muszę powiedzieć, że w tej operacji wzięli udział także prokuratorzy pol., którzy w nocy z 10. na 11. kwietnia odbyli wspólną naradę z prokuratorami ros., protokół tej narady jest znany. Podczas tej narady zadecydowano, że czarne skrzynki zostaną przekazane p. Anodinie i jej instytucji. Podczas tej narady ustalono termin, termin katastrofy na godz. 8.40, chociaż my byliśmy utrzymywani jeszcze przez miesiąc blisko, że to jest 8.56. Szereg z Państwa otrzymała zaświadczenia o śmierci z wpisaną datą 8.52, prawda, 8.50, tymczasem wiadomo było już wówczas, że ten termin nie jest zgodny z ustaleniami, jakie wówczas podjęto. Prowadzi to nas do pytania, jaki był prawdziwy termin? Ja nie chcę teraz, nie będziemy teraz analizowali, ale trzeba mieć świadomość, że w istocie o samych ostatnich sekundach przebiegu tej katastrofy ciągle jeszcze wiemy zbyt mało. Ciągle jest jeszcze to zadanie dla nas do wypełnienia.

I ostatnia już zupełnie kwestia z innego porządku. Olbrzymią częścią naszego (…) wysiłku, który głównie dzięki Państwa został ten kierunek rozpoczęty, jest praca na rzecz powstania komisji międzynarodowej (mijają dwa lata, komisji nie ma – przyp. F.Y.M.). Doświadczenie z działaniem komitetu ros., doświadczenie z zachowaniem rządu i organów powołanych przez rząd, wskazuje, że jedynym obiektywnym czynnikiem, na którego, na który możemy liczyć, mającym szerszy dostęp do narzędzi badawczych byłaby komisja międzynarodowa. W tę sprawę bardzo duży wysiłek włożyły panie Gosiewska, Merta, p. Kochanowska, szereg z Państwa zarówno poprzez rozmowy za granicą, jak i poprzez apele i wysiłki, p. Melak wreszcie, poprzez wysiłki tutaj na miejscu – ostatecznie zebraliście Państwo ponad 300 tys. podpisów. Informacja na ten temat została złożona do p. marszałka Schetyny w ub. tygodniu z prośbą o poparcie tego postulatu powołania komisji międzynarodowej – w tej sprawie także uruchomiła się w niesłychanie dynamiczny sposób Polonia, która wystosowała kilkadziesiąt tysięcy apeli, listów, maili, telefonów do posłów, do senatorów i kongresmenów, którzy teraz kandydują 2 listopada, by wsparli inicjatywę p. kongresmena Kinga, który złożył (…) taki wniosek w komisji spraw zagranicznych kongresu Stanów Zjednoczonych. Liczymy na to, a trzeba też wspomnieć inicjatora, na samym początku tej kwestii, p. prof. Trznadla, którego wysiłek też przecież musi tutaj być bardzo doceniony.

Liczymy na to, że po wyborach, że po zmianie kształtu izb w Stanach Zjednoczonych, ta sprawa ruszy (jak ruszyła, to widzimy w 2012 r. – przyp. F.Y.M.) – czuwa nad tym p. Kushner, który dzięki różnym rozmowom, konsultacjom i współdziałaniom ze strony wielu środowisk bardzo poświęca wiele czasu na to, żeby doprowadzić do powołania takiej komisji. Został przez Zespół jako nasz ekspert i przedstawiciel w tych sprawach w kongresie Stanów Zjednoczonych ustanowiony. Liczymy, że to przyniesie pozytywny skutek.

Na koniec chcę też podziękować tym mediom, które starają się przekazywać prawdę. Każdy się może mylić, to jest naturalne. Czasami relacja jest nieprawdziwa, czasami ustalenie jest nieprawdziwe, czasami ktoś w emocji powie coś za dużo albo z kolei zacuka się i powie coś za mało. To jest możliwe, ważna jest pewna intencja. Są takie media, które tę sprawę analizują z intencją dotarcia do prawdy – i to na pewno jest „Nasz Dziennik”, to na pewno jest „Gazeta Polska”, to na pewno jest dziennik telewizyjny (? – przyp. F.Y.M.) przynajmniej póki co. To na pewno jest bardzo wiele mediów regionalnych, o których często nie wiemy, a które mają wielki, wielki wkład w ustalenie tego kompendium wiedzy, jakim dysponujemy. To na pewno jest wiele mediów zagranicznych. Ale są też media, które czasami powiedzą prawdę, ale których intencją jest albo niedopuszczenie do upowszechnienia prawdy, albo po prostu wprowadzenie czytelników i widzów w błąd. W takim świecie żyjemy, z taką rzeczywistością musimy się borykać. Ja wierzę, że będzie to z dobrym skutkiem i że do prawdy dojdziemy, chociażby dlatego, że już obecnie w raporcie, który Państwu przedstawiamy, zawężamy, zawężamy prawdopodobne hipotezy do alternatywy albo-albo. Ja nie przesądzam, czy ona jest prawdziwa – być może ona jest błędnie sformułowana – to jest rzecz do dyskusji, to jest materiał do rozważań dopiero, ale moim zdaniem zbliżamy się do prawdy i ona się koncentruje wokół działania wieży i wokół działań nawigacyjnych, które doprowadziły do tego, że oni lecieli na śmierć. Dziękuję bardzo.”

Po tym wystąpieniu są obszerne uwagi p. M. Merty dot. m.in. niezależnych mediów – powrócę do nich w osobnej notce.

P.S. Pismo P. Paszkowskiego odmawiającego stawienia się przed Zespołem (http://smolenskzespol.sejm.gov.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=106%3Aodpowied-dyrektora-piotra-paszkowskiego&catid=49%3Akorespondencja&Itemid=48&lang=pl). Pismo S. Kozieja (http://smolenskzespol.sejm.gov.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=104%3Aodpowied-gen-stanisawa-kozieja&catid=49%3Akorespondencja&Itemid=48&lang=pl). Pismo D. Pilarza z SKW (http://smolenskzespol.sejm.gov.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=103%3Aodpowied-pk-dariusza-pilarza&catid=49%3Akorespondencja&Itemid=48&lang=pl). Pismo E. Klicha (http://smolenskzespol.sejm.gov.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=105%3Aodpowied-przewodniczcego-edmunda-klicha&catid=49%3Akorespondencja&Itemid=48&lang=pl). Tylko te cztery oficjalne odpowiedzi są zamieszczone na stronie Zespołu – czy w takim razie inne osoby nie były indagowane oficjalnymi zaproszeniami na przesłuchania, czy też zignorowały te zaproszenia?

„Badanie wraku”

24th Kwiecień 2012 by FYM No Comments

Legendy pułkownika Klicha

24th Kwiecień 2012 by FYM No Comments

Byłem przekonany, że jakieś niespodzianki czekają mnie przy lekturze książki „Moja czarna skrzynka” płk. dr. E. Klicha, nie sądziłem jednak, że tak szybko się one pojawią (raz jeszcze dziękuję wiadomej osobie za podesłanie skanów publikacji). Oto wśród dokumentów Klicha, czynionych na miejscu lub oficjalnych jest (zawarta w piśmie do Tuska) relacja uzyskana zapewne na podstawie z rozmów z ruskimi szympansami z wieży. I oto pojawia się w tejże relacji kilka ciekawych wiadomości. Po pierwsze, informacja o lądowaniu jaka-40 o 9.26 (do tej pory słyszeliśmy, że było to o 9.15), po drugie informacja o braku danych czasowych, co do podejść iła-76 (aczkolwiek dodaje się, iż były „po” lądowaniu jaka-40) – i po trzecie, najważniejsza sprawa: „Po odlocie samolotu ił-76 z KL nawiązała łączność załoga, jakiegoś samolotu, który chciał lądować na lotnisku w Smoleńsku i KL nie wydał zgody na lądowanie. ” („Moja czarna skrzynka”, (Dokumenty (11)) – jest to cytat z pisma Klicha do Tuska (z dn. 15-04-2010).

No i teraz konia z rzędem temu, kto znajdzie rozmowę z załogą tego samolotu oraz ten samolot zgłaszający się wieży szympansów w słynnych stenogramach z wieży (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/stenogramy-z-wiezy.html). Książka „akredytowanego” zresztą zaczyna się od razu wystrzałem ze sporej armaty, wszak Klich twierdzi, że na pewno „prędzej czy później” powstanie parlamentarna komisja śledcza, bo „zginęli prezydent, ministrowie, generalicja, tylu posłów, a ludzie wciąż mają wątpliwości w sprawie przyczyn” (s. 8). Choć chciałoby się zapytać: i kto to mówi?

Mińsk-2 10-04-2010

22nd Kwiecień 2012 by FYM No Comments

Znalezione przez Amelkę w notce  http://lamelka222.salon24.pl/411154,lotnisko-borowcy-na-bialorusi

 

Medytacje smoleńskie 8: 132

20th Kwiecień 2012 by FYM No Comments
Jedną z największych zagadek 10 Kwietnia, obok „ruchomej” godziny „katastrofy” (por. http://freeyourmind.salon24.pl/380030,medytacje-smolenskie-6-godzina-batera) jest informacja o 132 ofiarach śmiertelnych, która obiegła (oczywiście jako zweryfikowana, nie jako „nieoficjalna”) media koło godziny 11-tej, a która chyba po raz pierwszy zostaje podana już o godz. 10.18 przez W. Paca, ruskiego korespondenta, na antenie TVP Info podczas telefonicznej rozmowy ze S. Siezieniewskim (http://freeyourmind.salon24.pl/311503,milicjanci-przeczaco-kreca-glowami):
Ja obserwuję te wydarzenia trochę z pewnej perspektywy, z Moskwy, wiem już na przykład, że miejscowa rosyjska prokuratura, komitet śledczy rosyjskiej prokuratury, przedstawiciele tej prokuratury przybyli już na miejsce katastrofy są już w Smoleńsku i podjęli oni czynności potrzebne do wyjaśnienia przyczyn katastrofy. Rosyjskie ministerstwo ds. nadzwyczajnych poinformowało, że zginęło 87 osób. Wg portalu internetowego „Gazieta. Ru” na pokładzie prezydenckiego samolotu znajdowały się 132 osoby…
Sęp
Godz. 10.18 to czas „drugiego medialnego otwarcia” (jeśli chodzi o smoleński „teatr telewizji”), że się tak wyrażę – tak bowiem jak godz. 9.19 to „start” wiadomości o „problemach z lądowaniem prezydenckiego jaka-40” (na antenie rządowej TVN24) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/proste-pytania.html), tak okolice czasowe tej godz. 10.18 (ewentualnie 10.17) to przecież pojawienie się najpierw materiału operatora towarzyszącego P. Kraśce – R. Sępa (http://freeyourmind.salon24.pl/311503,milicjanci-przeczaco-kreca-glowami), a parę chwil później, premiera moonfilmu „polskiego montażysty” moonwalkera S. Wiśniewskiego (o tym wszystkim pisałem obszernie w zakazanej „Czerwonej stronie Księżyca” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-cz-1.pdf)), więc tu tylko przypominam podstawowe odniesienia w postaci pewnych faktów medialnych. (Określenie „fakt medialny” jest jak najbardziej na miejscu, ponieważ telewizje zapewne dużo wcześniej miały ten księżycowy materiał Wiśniewskiego, lecz czekały na jego kolaudację i „zgodę na emisję”).
132
Sprawa tej „rozszerzonej listy poległych” zaszła tak daleko (tamtego dnia), jak pamiętamy, że nawet D. Holecka z TVP Info łamiącym się głosem odczytywała wtedy o godz. 11.38 nazwiska osób, które „zginęły” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/rozszerzona-lista-polegych.html), takie jak D. Gwizdała, J. Opara, A. Kwiatkowski, M. Wierzchowski, M. Jakubik z KP czy T. Stachelski z „protokołu dyplomatycznego” (rozmowę amb. J. Bahra z nim o tejże sprawie relacjonuje sam Bahr:  „Był całkowicie roztrzęsiony. Otarł się o śmierć, miał być w tym samolocie. Przyjechał 7 kwietnia z premierem, miał wrócić do Warszawy i przylecieć po raz drugi. Ale został w Smoleńsku z jakichś względów organizacyjnych. Ale pan żyje – próbowałem go pocieszyć” (http://wyborcza.pl/1,76842,8941828,Startujemy.html?as=7&startsz=x)).
Oczywiście ta rozszerzona lista z 11.38 nie zawierała aż 132 nazwisk, jak wiemy jednak, do ofiar zaliczano tamtego dnia również min. J. Sasina (w filmie  „Syndrom katyński” poświęcono temu faktowi sporo czasu) czy wspomnianego Bahra (P. Kowal miał być wieczorem 10-go Kwietnia w Smoleńsku, wg relacji konsul L. Putki, zdziwiony: „To, Jurek żyje? Bo dziennikarze mówili, że nie, że leciał tym samolotem” (http://wyborcza.pl/1,76842,9362074,Prosze_spokojnie__pani_konsul.html?as=3&startsz=x)).
lista
Warto przy okazji Bahra dodać, że on sam był mile zaskoczony „nekrologiem”, o czym wspominał w wywiadzie: „(TT) -Adam Daniel Rotfeld pożegnał pana w telewizji.
JB:- I Aleksander Kwaśniewski. W pięknych słowach. Bardzo mnie to ujęło. Pracowałem z nim tylko przez dziewięć miesięcy. Jako szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, po odejściu Marka Siwca do europarlamentu. Nie znał mnie, ale przyjął, zawierzył, choć – mówiąc brutalnie – nie byłem lewicowcem i on o tym wiedział. Mam jednak satysfakcję. Kiedy odchodził, okazałem mu lojalność” (http://wyborcza.pl/1,76842,8941828,Startujemy.html). Oczywiście Kowalowi, który zaskoczony był, iż „Jurek żyje”, najwyraźniej nie przyszło tamtego dnia do głowy, by to sprawdzić, gdy usłyszał wieść od „dziennikarzy” – a jak pamiętamy, gdy 10-04 był program z politykami w przedpołudniowej Trójce, to aż wybiegł ze studia, by się upewnić czy jeden z jego przyjaciół nie leciał „tym samolotem” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/komorki-milcza.html) – na szczęście się okazało, że nie poleciał.
Nie zapominajmy też, że do „ofiar katastrofy” zaliczano również samych dziennikarzy  (choć nie w oficjalnym przekazie).  Tak można sądzić choćby po tym, co pisał P. Świąder, jak odbierał sms-y z Polski typu: „myślałyśmy, że zginąłeś, a tu właśnie usłyszałyśmy Twoją relację”, gdy podawano wieści o „katastrofie” (http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/pawel-swiader/komentarze/news-pawel-swiader-boje-sie-powrotu-do-polski,nId,272706) lub po dok.-wspomnieniowym filmie „Poranek”. Świąder, któremu zajęło, jak twierdzi,… godzinę przejechanie z lotniska na cmentarz w Katyniu, oddawał w swym najsłynniejszym poście wygląd pobojowiska tak:  „Trudno opisać to, co widzimy. Wydawałoby się, że potężna, żelazna przecież maszyna nie może tak po prostu rozpaść się tyle części. Właściwie trudno powiedzieć, że to szczątki samolotu. Nie rozpoznalibyśmy go, gdyby nie leżący kołami do góry fragment podwozia. Nie mogę zrozumieć dlaczego tak duży samolot rozpadł się na setki małych fragmentów, leży na wcale niewielkiej powierzchni, może 100 metrów, co może oznaczać, że z ogromną siłą uderzył w ziemię i od razu zatrzymał się w miejscu. Grunt jest tutaj bardzo miękki. Stąpamy po piasku przywiezionym tu przez wywrotki, a mimo to ziemia ugina się jakbyśmy stali na bagnie. Teren na którym leży wrak otoczony jest biało-czerwona taśmą. Pilnują go żołnierze. Patrzę na to wszystko i nie wierzę własnym oczom. Znowu pytam siebie: Jak? Jak to się mogło stać?”
Przypominam tę wypowiedź w kontekście tego, co podał szef Zespołu, min. A. Macierewicz, indagowany przez autorów książki „Musieli zginąć” (s. 28-29): „O ile część samolotu od skrzydeł do ogona leży odwrócona o 180 st., o tyle część od skrzydeł do kokpitu znajduje się w prawidłowym położeniu. Także koła pod kokpitem, oczywiście do momentu, kiedy zostały zabrane przez Rosjan wraz z całym kokpitem, nie były odwrócone. Podobnie jak kilkunastometrowa część kadłuba z napisem „Republic of Poland”, która również w prawidłowym położeniu stała na ziemi. Jest to doskonale udokumentowane na zdjęciach, które są w posiadaniu zespołu ds. katastrofy smoleńskiej. Jedynym rozsądnym wytłumaczeniem tak niezwykłego rozmieszczenia elementów wraku jest rozpad samolotu nad ziemią (…). Jest to tym bardziej prawdopodobne (…) że w żadnym miejscu nie ma leja w ziemi, ani wyraźnych śladów przesuwania się (szorowania) samolotu po gruncie.”
wrak odświeżony
Zastanawiam się bowiem, dlaczego „kilkunastometrowej części kadłuba z napisem „Republic of Poland” nie dostrzegł Świąder stojący opodal pobojowiska, ani Wierzchowski, który znalazł się, jak twierdzi, w ogóle przy samym wraku („Nie było części, że okna widać, że ktoś może siedzieć w samolocie, tylko to wszystko było… miazga. Jak… jak na złomowisku… jak wszystko jest rzucone na kupę i nie wiadomo, co gdzie jest… gdzie skrzydło, gdzie… to wszystko było tak przemielone i wbite w ziemię, że nawet nie było… Ja tam podbiegłem i nie wiedziałem, gdzie co jest…” ,„Mgła”, s. 133-134).
Najmniej, jak pamiętamy, dostrzec miał sam Bahr: „Miałem go w oczach, wielokrotnie uczestniczyłem w jego witaniu i żegnaniu. Ogromne cielsko z wysokimi schodami. A te fragmenty, które zobaczyłem, po półtora metra wysokości odbierały mi nadzieję, że komuś mogę pomóc. (…) (http://wyborcza.pl/1,76842,8941828,Startujemy.html?as=4&startsz=x),„Nie widziałem też żadnego kadłuba ani żadnych odwróconych do góry kół. Ze zdumieniem zobaczyłem je potem w telewizji” (http://wyborcza.pl/1,76842,8941828,Startujemy.html?as=5&startsz=x). Nie przeszkodziło to jednak Bahrowi wyrokować (o godz. ca. 9.07) o braku oznak życia na ruskim księżycu w telefonicznym raporcie dla gostka z „Centrum Operacyjnego” („No w tej chwili ja stoję, samolot jest całkowicie rozbity, stoimy w odległości 150 metrów, nie ma żadnego śladu życia, ugasili pożar, który był w przedniej części i to jest wszystko” (http://www.tvn24.pl/12690,1739927,0,1,co-wiemy-jezus-maria-msz-publikuje-rozmowy-sikorskiego,wiadomosc.html) ).
Interesuje nas jednak dzisiaj kwestia 132 ofiar, do zajęcia się którą sprowokowała mnie swoją najnowszą notką MMariola (http://mmariola.salon24.pl/410011,10-04-2010-godzina-09-30). Uważnie bowiem obejrzałem (już po raz któryś z rzędu na przestrzeni ostatnich dwóch lat) program, który zlinkowała (www.tvp.pl/publicystyka/magazyny-reporterskie/magazyn-ekspresu-reporterow/wideo/11042010-smolensk-wydanie-specjalne/1654384) – wpisuje się on bowiem w „medialną oprawę tygodnia żałoby”, zaś z rzetelnym raportowaniem tego, co najistotniejsze, zbyt wiele nie ma wspólnego. I to jest rzecz niezwykle ciekawa, ponieważ wydawać by się mogło, że nazajutrz po tragedii to można by zrobić program w całości poświęcony temu, co się działo w samym Smoleńsku, znaleźć też kogoś z Okęcia, popytać osoby będące na Siewiernym czy choćby w hotelu Nowyj. Tymczasem nic z tych rzeczy; program, pomijając jakieś odpryskowe relacje P. Kraśki oraz S. Wiśniewskiego, skoncentrowany jest wyłącznie, wyłącznie podkreślam, na przekazie emocjonalnym. Co „czuli” telewizyjni prezenterzy podczas pracy 10-04, co przeżywali ludzie oczekujący w Katyniu, jakimi wzruszeniami mogą się podzielić osoby wpisujące się do księgi kondolencyjnej etc. Faktów (o których za chwilę), tyle co na lekarstwo – emocji zaś mnóstwo – plus, co oczywiste w tamtym okresie – pamiątkowe zdjęcia lub migawki z wizerunkami ofiar zbrodni z 10-04.
Zorganizowanie nad Wisłą „tygodnia żałoby” w taki sposób, by nieustannie grana była rzewna muzyka, by pokazywano państwowe pogrzeby i materiały wspomnieniowe z ofiarami, tudzież nabożeństwa czy inne uroczystości upamiętniające zabitych, miało jeden podstawowy cel: sprowadzenie kwestii tragedii do sfery emocjonalnej właśnie – Polacy zatem mieli się przede wszystkim wypłakiwać i rozpaczać nad doznanymi stratami. Nie mieli zaś ani na chwilę racjonalnie zastanawiać się na tym, co się wydarzyło – ani też nad tym, jak mogło dojść do takiej tragedii i kto za nią odpowiada. Nie znaczy to wcale, iż w tym obszarze „wielodniowej medialnej żałoby” nie pojawiały się „teorie” dot. tego, co zaszło. Wprost przeciwnie, już 10 Kwietnia w pierwszych kwadransach (!) od ogłoszenia „wypadku” można było usłyszeć W. Łuczaka z wojskowego czasopisma „Raport” (dokładnie o 9.47 na antenie TVP Info (http://freeyourmind.salon24.pl/311503,milicjanci-przeczaco-kreca-glowami)), który rozwodził się i nad złymi samolotami 36 splt, fatalną pogodą w Smoleńsku i – tu uwaga – ludzkimi błędami, jakie mogą się pojawić w tego rodzaju okolicznościach, tj. prowadzić do lotniczej katastrofy.
Tak więc żałoba żałobą, wspomnienia wspomnieniami, łzy łzami, ale jakieś obowiązkowe scenariusze tego, jak należy myśleć o tragedii, opracowywano. I w ramach takich opracowań zapewne powstał wyemitowany w godzinach popołudniowych (można to odkryć po lekturze pasków informacyjnych w trakcie jego emisji) w niedzielę 11 kwietnia program „Magazyn Ekspresu Reporterów” jako materiał zasługujący po tych dwóch latach na szczególne śledcze zainteresowanie. Zanim jednak go omówię, wskazując na pewne intrygujące fragmenty (każdemu, kto nie widział tego programu zalecam obejrzenie przed dalszą lekturą – ewentualnie rzucenie okiem już po przeczytaniu mojego posta), chciałbym podkreślić jedną, moim zdaniem, bardzo ważną rzecz.
Otóż między godz. 9.35, kiedy podawana jest pierwsza liczba ofiar (87), a 10.18, kiedy podawana jest druga liczba ofiar (132), o godz. 9.56 podawany jest też komunikat, że „wszyscy zginęli” (http://4.bp.blogspot.com/-ZsYZ5Nmrua0/TZNgQKBSQFI/AAAAAAAABT4/ekXIt2c3yyQ/s1600/awaria24.png). Nie ma zaś (w tym przedziale czasowym: 9.35-10.18) podanej liczby 96 (lub czasem 97) ofiar, jak to będzie potem, tj. kiedy się jednak „okaże”, że owa 132, mimo iż „zweryfikowana” (tak jak wszystko, co wtedy w masowych środkach przekazu podawano), to raczej „zawyżona”, tj. „przeszacowana” liczba. Przed 11-tą będzie więc wiadomo, że zginęły 132 osoby (http://4.bp.blogspot.com/-ZsYZ5Nmrua0/TZNgQKBSQFI/AAAAAAAABT4/ekXIt2c3yyQ/s1600/awaria24.png), stąd też, jak wspominałem na początku, D. Holecka w TVP Info będzie mogła pół godziny później odczytywać nazwiska przynajmniej sporej części z tej listy (no bo „weryfikacja” będzie trwała) – jakiś czas potem jednak okaże się, iż niektórzy spośród uznanych za „ofiary katastrofy”, żyją – część z nich zresztą na wieść o „wypadku” będzie telefonować do swoich bliskich z uspokajającymi komunikatami (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/pierwsze-telefony.html).
jak-40
I właśnie ta prezenterka TVP Info jest jedną z bohaterek programu „Magazyn Ekspresu Reporterów”, gdzie opowiada tak (3’17”): „Szykowałam się tutaj do pracy i usłyszałam, że prawdopodobnie jak, bo taka była pierwsza informacja. Pomyślałam sobie, że… nie wiemy, więc nie będę myślała, że zakończyło się tragicznie, bo nigdy nie wolno tak myśleć. Poza tym Prezydent jakiem nie lata już od… od dawna prezydenci, najważniejsze osoby nie latają jakiem, więc pomyślałam sobie, że, że, że to za chwilkę wszystko się wyjaśni. No i, i nie będziemy relacjonować tego, co się okazało, że… relacjonowaliśmy.”
Ani słowa, w jaki sposób weryfikowano informację z „prezydenckim jakiem”, ale to zrozumiałe – skoro program reporterski jest „żałobny” nie zaś akurat faktograficzny. Z kolei P. Kraśko relacjonuje (2’43”): „myśmy byli wtedy chyba koło kilometra od lotniska i w pewnym momencie zobaczyłem sznur wozów strażackich jadących, pędzących szybko na sygnale tam daleko, bo widać było trochę dymu i jakąś krzątaninę, ale nie wiedzieliśmy zupełnie, co się stało, nie wiedzieliśmy, że te wozy jechały w stronę lotniska. (…) Gdzieś już zaczynaliśmy iść do pracy – część już była na zdjęciach. Wiedzieliśmy, o której ląduje samolot p. Prezydenta i gdzie wszyscy potem pojadą do Katynia. No, cały ten układ dnia – patrzyliśmy na to jeszcze chwilę wcześniej dosłownie – co w której minucie tego dnia się wydarzy.” Ta nieskładna opowieść ani na moment nas nie przybliża do detali tego, co się działo. Gdzie, co, jak, kiedy widział Kraśko – nie wiadomo. Tak samo zresztą jak z jego „smoleńskiej” książki (http://freeyourmind.salon24.pl/285796,oko-zaby-4). Jeśli bowiem dopiero zbierał się do wyjazdu na cmentarz, a już widział sznury wozów strażackich („„Jeśli są takie korki i coś się stało, lepiej wcześniej wyjechać do Katynia. A najlepiej od razu.””), to chyba nie miał zamiaru jechać wraz z kolumną prezydencką? Która to zatem mogła być godzina?
Zostawiamy jednak Kraśkę i wracamy do omawianego programu „reporterów”. A. Klarenbach z TVP (to ten, co swego czasu przeprowadził wywiad z moonwalkerem (http://www.tvp.pl/opinie/wywiady/gdybym-wiedzial-co-sie-stalo-usiadlbym-i-plakal/1658974)) opowiada: „Rozpoczynałem dyżur po godz. 11. Kiedy… spłynęła już ta depesza, że katastrofa samolotu prezydenckiego, że najprawdopodobniej Para Prezydencka była na pokładzie i razem z nią 130 pasażerów, ugięły się pode mną nogi. W przypadku takich informacji – giną ludzie i mówi się wstępnie o 132 osobach – pojawia się problem, jak o tym mówić, a właściwie, każde słowo waży się 2 razy w myśli.”
Jako ciekawostkę dodam, iż w 6’11” programu pokazane jest ujęcie Sępa (fragment jego krótkiego filmu), ale za to z dźwiękami z moonfilmu, czyli z materiału Wiśniewskiego (syreny karetek i burczenia wozów strażackich) – wot jakiś kolejny „polski montażysta”, zapewne pod okiem fachowca wojskowego, ubarwił takim „reporterskim” drobiazgiem program „reporterów”. Skojarzyło mi się to od razu z tym fragmentem „Syndromu katyńskiego”, w którym na tle panoramy pobojowiska robionej przez Wiśniewskiego jakiś (ruski? A może polski znowu, bo przecież jakiś współudział neopeerelowskiej telewizji także był w pracy nad „Syndromem…”?) montażysta dokleił dźwięki dzwoniących komórek (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/02/telefony.html), o których w „Syndromie” tak ciekawie opowiadał główny akustyk.
Niestety, w programie „reporterów” nie ma rozmów z P. Prusem, M. Pyzą etc., a przecież tyle osób w tym Smoleńsku wtedy się pojawiło, tyle ekip – na pocieszenie jednak dla nas jest – przeprowadzona przez M. Olszańskiego (prowadzącego to spec. wydanie magazynu) rozmowa z N. Nowotnikiem z PAP i J. Szymurą (operatorem TVP), do którego Olszański zwraca się per „Józek” (12’05”), co ja też pozwolę sobie zastosować. Wedle Olszańskiego ci dwaj ludzie mediów przybyli o 6 rano pociągiem do Smoleńska, ale jeszcze przed rozmową z Norbertem i Józkiem pokazane są migawki z dworca W-wa Zachodnia już po powrocie specjalnego pociągu ze Smoleńska.
W 14’10” wypowiadają się dwie kobiety (czyżby posłanki? – w tle przechodzą różni posłowie, zaś pos. Zuba stoi z telefonem w kadrze po lewej stronie; niestety, o ile w programie podpisani są prezenterzy lub dziennikarze, to osoby przepytywane już nie) – i ich relacje są warte zacytowania. (K1): pierwsza jakaś wiadomość, bardzo nieoficjalna, że są problemy, niektórzy z nas już otrzymali, jak żeśmy wchodzili na cmentarz  i później oczekiwaliśmy, bo to trudno było uwierzyć, że, że to jest taka katastrofa. Myśleliśmy, że może jakieś koło odpadło, jakieś coś – i później wszyscy nasłuchiwaliśmy. Zaczęliśmy otrzymywać sms-y i wiadomości…”  (K2):  „I media zaczęły ze sobą, między sobą rozmawiać – tak że to już później poszłą informacja wśród ludzi.”  Czy zatem posłowie już przybywając na cmentarz, wiedzieli, że „coś się dzieje, coś się dzieje”, jak to ujmowali smoleńscy świadkowie? To by dopiero była zagwozdka. No bo w takim razie, to chyba przede wszystkim kontaktowaliby się z pasażerami „prezydenckiego samolotu”, prawda? By ustalić: co się dzieje. Zwłaszcza jeśliby sądzono, że „może jakieś koło odpadło albo coś”. Cóż bowiem dałoby parlamentarzystom nasłuchiwanie w Lesie Katyńskim, tak oddalonym przecież od smoleńskiego wojskowego lotniska?
I zaczyna się po chwili najciekawsza część programu – rozmowa z Norbertem i Józkiem. Olszański (w skrócie MO, 15’58): „Ty, Józek, nie byłeś tam jako operator TVP, pojechałeś prywatnie z własnym synem uczcić pamięć wuja”.  Na co Józek: „(…) faktycznie po raz pierwszy byłem uczestnikiem – zwykle jestem po drugiej stronie – rejestruję takie wydarzenia, a tutaj zdecydowałem się, że nie, że nie wezmę kamery, że po prostu, że po prostu będę tam uczestnikiem, bo chciałem przeżyć, chciałem, żeby to była taka nasza wspólna lekcja historii.”
Z tej wypowiedzi operatora TVP, czyli Józka, można jasno wywnioskować, iż  pojechał do Katynia bez kamery. Chyba że ja polskiego nie rozumiem. Tylko więc jakiś kompletny paranoik smoleński mógłby zadawać takie idiotyczne pytania: skąd w takim razie Józek nagrał potem na kamerę filmik ze swoim synem, wracając pociągiem z Katynia, wyemitowany w tymże programie „reporterskim”? Możliwe, że ktoś Józkowi po prostu użyczył kamery i już, więc większego problemu nie ma. Wracam tedy do tele-audycji. Mówi Norbert: „(…) autokarami wybraliśmy się ze Smoleńska do Katynia koło 9.30  (w odpowiedzi na wypowiedź MO o przyjeździe na 6-tą rano).
Nietrudno zatem się domyślić, że MO operuje czasem warszawskim, zaś Norbert „lokalnym”, co zresztą żadnej konfuzji u nikogo nie powoduje, choć przez wzgląd na telewidzów mogliby sprawę kontekstu czasowego uzgodnić. Mniejsza jednak z tym. Jeśli wszak Norbert mówi „9.30”, to (wg oficjalnej wersji) była to  7.30 pol. czasu, a więc na pewno grubo przed „smoleńską katastrofą”. I co teraz dodaje Norbert? Po godz. 10. właściwie, gdy ustaliliśmy, ustalaliśmy z moim redakcyjnym kolegą ostatnie szczegóły dot. uroczystości,  nagle pojawiła się ta informacja.”  A to feler! To jakby  8. rano pol. czasu, czyż nie? Nie za wcześnie, jak na tą „nagłą informację”? MO jednak puszcza tę wypowiedź mimo uszu albo sądzi, że 11 kwietnia i tak nikt nie ma głowy do takich detali, choć przecież tamtego dnia obowiązuje wersja, iż „wypadek lotniczy” zdarzył się o 8.56 pol. czasu. (Por. też relację M. Pyzy z 10-04 http://freeyourmind.salon24.pl/297779,zakrzywienie-czasoprzestrzeni)
Norbert więc kontynuuje opowieść o informacji:  „Ona… Ona przyszła i nie wiem, chyba ktoś z obłusgi sejmu bądź senatu, być może jakiś dziennikarz”  (jak to zwykle w smoleńskiej historii bywa – nie ma autora wiadomości – wieści „bierą się” znikąd – przyp. F.Y.M.) „yyy…, podał informację, że, że coś się dzieje, że coś się dzieje”(ale jak podał, gdzie, kiedy – nie wiadomo – przyp. F.Y.M.).  „Część… Panow… Zaczął, zaczął panować pewien chaos informacyjny. To było bardzo, bardzo trudne doświadczenie, dlatego, że część osób twierdziła, że to tylko awaria samolotu, że jest jakiś pożar, że, że ludzie…” No i niestety MO nie daje Norbertowi dokończyć, bo wtrąca: „Przeżywaliście niepewność, jakby nie było wiadomo, co tak naprawdę się dzieje.”
Oczywiście, że tak, bo w XXI w. nie ma telefonów, by sprawdzić, co się dzieje. Tu odzywa się zatem Józek: „Tak było”. I ponownie Norbert: „Zgadza się. Zgadza się. No i w pewnym momencie… Ja cały czas… Przyszła ta informacja, że rzeczywiście yyy… skutki są tragiczne… Cały czas miałem nadzieję, że ta informacja zostanie zdementowana, że ktoś powie, że to, że to jest nieprawda, że to jest fałsz. Liczyliśmy na to yyy… Szybko dziennikarze podzielili swoje obowiązki – część osób pojechała na lotnisko do Smoleńska, część osób została i miała relacjonować to, co się dzieje na cmentarzu”.
MO: „Coś złego się na pewno wydarzyło. Ty byłeś, Józek, w trudnej sytuacji, bo był z tobą twój syn, Cyryl.”
Józek: „Tak, tak, tak. My przyglądaliśmy się temu. Ja wiedziałem, że coś się dzieje, ale nie sądziłem, że dzieje się aż tak tragicznie (nie dało się jakoś sprawdzić? Nie można było zadzwonić do kogoś z telewizji? – przyp. F.Y.M.). Dopiero, kiedy zauważyłem, że koledzy z transmisji zwijają kable.”
MO: „Yhy”.
Józek: „…to widziałem, że stało się coś naprawdę poważnego.”
I po tym emocjonującym dialogu pojawia się materiał wideo z pociągu oraz opowieści syna na temat tego, co się zdarzyło 10 Kwietnia. MO zapowiada zresztą:  „Popatrzmy teraz, bo ty porozmawiałeś ze swoim synem. Nagrałeś tę rozmowę. Zobaczmy, jak on przeżył i odebrał te wydarzenia.” Po materiale z pociągu zaś następuje powrót do rozmowy z Józkiem, który dodaje:  „(…) I powiem tak, dopiero, dopiero chwyciłem za kamerę, gdy na prośbę innych współtowarzyszy podróży, Rodzin Katyńskich, po prostu, yyy…, oni chcieli, żebym ja zarejestrował to, co oni czują. Yyy… i to wtedy dopiero nastąpiło takie katharsis – bo czułem się osamotniony w tym moim dramacie, w tym moim bólu, a czuliśmy taką wspólnotę. Była koleżanka, która grała na gitarze i śpiewała swoje ballady io jakoś po prostu tą noc udało nam się przeżyć, bo gdyby nie było tego, tej wspólnoty, to nie wiem, co by się stało.”
Pytanie więc, czy Józek nie miał tej kamery, za którą chwycił dopiero w drodze powrotnej – w Katyniu? A jeśli miał, to czemu za nią nie chwycił wtedy? Czy w Katyniu też nie było wspólnoty ani tym bardziej rzeczy wartych uwiecznienia? Czemu nie dało się wtedy niczego zarejestrować? Czy może się jak najbardziej  zarejestrowało, ale – tak jak wiele innych materiałów zrobionych przez ludzi mediów, materiałów z 10 Kwietnia – pochowało? Na te pytania znajdą się odpowiedzi podczas zapewne dopiero międzynarodowego procesu. Teraz zaś proszę wczytać się w wypowiedź przedstawiciela PAP, który (przy okazji mówienia o swoich emocjach) przekazuje coś wyjątkowo ważnego :
Norbert (20’34”): „No to… do tej pory czuję, że to jest jakiś rodzaj, rodzaj koszmarnego, koszmarnego snu, z którego nie mogę się, się obudzić. Te emocje, które, które były tam na polskim cmentarzu, yyy…, u ludzi, udzielały się, udzielały się mi. By… Były sceny, kiedy ludzie modlili się – to była modlitwa różańcowa. Z jednej… W jednej ręce trzymali różaniec – w drugiej ręce telefon komórkowy – i uspokajali bliskich, że wszystko jest w porządku, że żyją– bo takie telefony się pojawiały.”
Do tej sprawy za chwilę powrócę. Z innych wartych odnotowania w programie Olszańskiego, rzeczy są te pojawiające się na paskach informacyjnych. Przypominam, że audycja nadana jest 11-04, czyli w niedzielę, nazajutrz po tragedii, w godzinach popołudniowych. Parę newsów: 1. „Zidentyfikowano 24 ciała” (23’54”, 27’57”, 31’56” programu), 2. „J. Bahr: ciało Marii Kaczyńskiej nie zostało zidentyfikowane” (24’06”, 28’07”, 32’05”) – są jeszcze informacje o planowanym na 17.30 wylocie z krewnymi ofiar („pierwszym samolotem”), zaś drugi ma lecieć „w poniedziałek przed południem”).
Spróbujmy teraz zebrać w całość kilka puzzli w kontekście tego, co przed chwilą zacytowałem z wypowiedzi przedstawiciela PAP, jak też w kontekście wielu innych relacji mówiących o telefonowaniu, esemesowaniu do lub ze strony osób, które NIE leciały/NIE miały lecieć „tym samolotem”. Tylko jakiś skrajny paranoik smoleński albo kompletny fantasta od maskirowki smoleńskiej mógłby się zdumiewać, jakże to tak wielu ludzi w Katyniu (nieliczne osoby w Smoleńsku na Siewiernym) zaczęło otrzymywać telefony z Polski albo też dzwonić do swoich bliskich, skoro NIE udawało się do Smoleńska „tym samolotem”? Załóżmy bowiem, że mamy wyjechać po kogoś na dworzec, bo przyjeżdża pociągiem z daleka – czekając jednak już na peronie, dowiadujemy się, że gdzieś w trasie tabor się wykoleił. Czy w takiej sytuacji ktoś by do nas dzwonił, czy nam się nic nie stało? Albo my byśmy dzwonili do domu z informacją, że z nami wszystko w porządku, żeby się nikt nie martwił? Z taką zaś mniej więcej sytuacją mamy do czynienia 10 Kwietnia: wielu ludzi otrzymuje sms-y/telefony (tudzież telefonuje z uspokajającymi wieściami), mimo że – jak twierdzą – poruszały się zupełnie innymi środkami lokomocji.
dziennikarze
Zacznijmy od dziennikarzy. Ci, jak wiemy (http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/pawel-swiader/komentarze/news-pawel-swiader-boje-sie-powrotu-do-polski,nId,272706), na warszawskim lotnisku zostali skierowani od razu do jaka (a nie tupolewa, jak sądzili), następnie przesadzeni z jednego jaka do drugiego, zaś jakby co, to trzeci jeszcze w hangarze w odwodzie czekał. Kto tymi przesiadkami kierował – do dziś nie wiadomo – choć jeśli się posłucha W. Cegielskiego (http://freeyourmind.salon24.pl/296019,ukladanka), to (jak sugerowałem w „Czerwonej stronie Księżyca” w rozdziale „W wielowymiarowej ruskiej zonie” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-cz-5.pdf)), jakiś dyrygent z kancelarii Prezydenta musiał być, Cegielski wszak mówi wyraźnie:  „Kancelaria prezydenta podjęła decyzję, że wszystkich dziennikarzy, całą trzynastkę dziennikarzy, którzy byli w składzie delegacji z prezydentem Kaczyńskim, zostanie ta trzynastka przeniesiona do innego samolotu” – tzw. dyrygent okęcki, jak dotąd nieznany, czyli skrywający się skromnie w cieniu (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/gdzie-jest-dyrygent-z-okecia.html).
Trudno sobie wyobrazić, że naraz, dajmy na to, zwykły wojskowy pilot A. Wosztyl zaczął się szarogęsić na lotnisku i wskazywać, którzy ludzie z prezydenckiej delegacji czym mają lecieć i przestawiać ich z kąta w kąt – tak jak kierowca pekaesa w czasach peerelu tonem pana i władcy wyznaczał w nabitym po brzegi autosanie, kto może pojechać z osób, które nie zdążyły kupić biletów w kasie, a kto musi poczekać na następny kurs – i wyganiał część niedoszłych pasażerów. Decydować na Okęciu musiał zatem ktoś wysoko postawiony – najpewniej w jakiejś ministerialnej randze. Pech chce, że koło 5-tej rano żadnych świadków na warszawskim lotnisku nie było, tak więc mimo upływu lat od tragedii, blackout znad Okęcia nie ustąpił.
Wróćmy jednak do naszych dziennikarzy. Polecieli więc, jak głosi oficjalna wersja wydarzeń, innym samolotem niż wcześniej planowano – ale na tym nie koniec zagadek. Czy wobec tego, że nie lecieli tupolewem, to nie dali znać swoim macierzystym stacjom, że 1) doszło do zmiany planów, 2) wylądowali (gdzie dokładnie?), a następnie, 3) przejechali do Katynia?
Wydaje się, że przynajmniej jeden z nich musiał być w stałym kontakcie ze swoją firmą, ponieważ – jak przynajmniej wieść smoleńska niesie – z powodu nieważnej wizy został cofnięty (albo jak to mawiają w niektórych regionach: cafnięty) sprzed cmentarza katyńskiego z powrotem na Siewiernyj. To oczywiście legendarny J. Mróz – niestety, tak jak wszyscy pozostali z „dziennikarskiego jaka”, nieprzesłuchany przez Zespół (niewykluczone więc, że dopiero na międzynarodowym procesie usłyszymy Mroza jako świadka, chyba że wcześniej powstanie, po jakimś kolejnym rozdaniu, jakaś parlamentarna komisja śledcza badająca pracę instytucji badających „katastrofę smoleńską”, na co na razie się nie zanosi).
Historia z Mrozem jest o tyle zastanawiająca, że przecież musiał on przejść „odprawę paszportową” na Siewiernym (chyba że było lądowanie na… Jużnym np.), a więc już wtedy widziano i wiedziano by, że on „nie ma ważnej wizy”, czyli nie powinno się go „wypuszczać” poza teren lotniska. Stało się jednak inaczej – Mróz spokojnie pojechał ze Smoleńska i dopiero po przesiedzeniu w autokarze u wjazdu na cmentarz, miał powrócić – już gdy maskirowka ruszyła na wojskowym lotnisku. Swoje perypetie jednak musiał opowiedzieć ludziom z TVN-u, bo na pewno to, że jako reporter nie będzie mógł wziąć udziału w uroczystościach było informacją, którą należało przekazać, nim zaczął, ponoć od godz. 8.51 podawać pierwsze wieści z Siewiernego (http://freeyourmind.salon24.pl/323106,spotkanie-mroz-wisniewski). Może nawet próbowano interweniować w jego sprawie, by go jednak wpuszczono na cmentarz?
Mimo to zaś w filmie „Poranek” producentka rządowej telewizji P. Tamulewicz mówi o płynących na przemian telefonach od Mroza (Smoleńsk) i R. Poniatowskiego (Katyń):  „brakowało tego potwierdzenia, który to był samolot i kto był na pokładzie– choć przecież – jak oficjalna opowieść nam każe wierzyć – wyleciały zaledwie dwa samoloty, dwa – nie więcej, a „dziennikarski jak” już musiał dawno wylądować, zważywszy na przygody Mroza w neo-ZSSR. Czy zatem ludzie mediów wiedzieli „skądinąd”, iż wcale nie wyleciały  tylko dwa samoloty? Czyli wiedzieli, że oprócz jednego jaka i jednego tupolewa – leciało jeszcze coś?
Były dwie maszyny, która się rozbiła?”, będzie pytał J. Kuźniar P. Paszkowskiego (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/byy-dwie-maszyny-ktora-sie-rozbia.html), choć w filmie  „Poranek”  opowie historię z tym, jak przez nieuwagę wyczytał w rozpisce coś, co potem podał na antenie. Na nieszczęście Kuźniara, nie tylko TVN miał newsa o „prezydenckim jaku”.  „Był jeszcze jeden samolot”, powie z kolei P. Wudarczyk (z dziennikarskiego jaka-40) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/by-jeszcze-jeden-samolot_31.html), a wcześniej  „tu już jest ta  delegacja, która przyleciała drugim (…) samolotem”. Gdyby dziennikarze to wszystko, co dotyczy „trzeciego samolotu”, świetnie wiedzieli, a jednak ukrywali, bo cała historia smoleńska to „bardzo gruba sprawa” – to wyjaśniałoby to olbrzymie problemy z całym śledztwem, z jakimi boryka się tyle instytucji, z Zespołem włącznie.
W słynnym poście Świądra pojawia się taki fragment:  „Nagraliśmy rozmowy z kilkoma krewnymi zamordowanych w Katyniu. Zmontowaliśmy je, ułożyliśmy relacje i zdążyliśmy wysłać e-mailem do redakcji. Gdy pakowałem sprzęt Kuba z Vox-u odebrał telefon i powiedział: „Samolot z prezydentem się rozbił”. Zabrakło mi powietrza. Pomyślałem, że to przecież niemożliwe, że nikt wiozący tyle osób na pewno nie ryzykuje, że owszem, „rozbił się”, znaczy zjechał z pasa, może ktoś jest poobijany, ale przecież to niemożliwe, żeby Tupolew spadł! Po chwili widzę śmiertelnie przerażonych członków oficjalnej delegacji. Biegną z telefonami przy uchu i pytają, czy nie ma ofiar”.  Czy chodzi tu o te osoby, o których wspominał Wudarczyk? O te, o których mówił cytowany wcześniej Norbert? I czy do tych osób Ruscy po godz. 10-tej pol. czasu słali (powtórzoną przez Paca na antenie TVP Info o godz. 10.18) „message” o  132 ofiarach „katastrofy”, która przez jakiś czas krążyła, niczym memento, także po nadwiślańskich mediach? 132 – 96 = 36.
Załóżmy (jak chcą paranoicy smoleńscy), że był trzeci samolot (jak-40, może CASA, może nawet wyczarterowany embraer, jak sugerował kiedyś A-Tem), który np. przed wylotem dziennikarzy zabrał jakąś część osób z „oficjalnej delegacji” (z tej „pierwotnej listy”, jak to kiedyś nazwano) tu także np. ludzi z medialnej obsługi prezydenta. Dlaczego miałby potem „zniknąć” w „pokatastrofalnej/powypadkowej” narracji? Z prostego powodu: nikt nie mógłby twierdzić, iż „wszyscy musieli polecieć z tupolewem”, a więc, że całą prezydencką delegację „musiano” upchać do tupolewa. Skoro bowiem udałoby się wygospodarować trzeci specjalny statek powietrzny – to zrozumiałe, iż można byłoby wykorzystać go do przetransportowania np. części Dowódców, zaś prezydenckiego fotografa etc. wraz z paroma dziennikarzami dać na pokład tupolewa.
Kiedyś zresztą (latem 2010, a więc w czasie przyspieszonej, przedterminowej kampanii prezydenckiej) G. Wierzchołowski i L. Misiak pytali Sasina rezydującego jeszcze wtedy w opustoszałym pałacu: „I pan też poleciał – dlaczego pan jakiem poleciał?”(http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/gdzie-jest-dyrygent-z-okecia.html), czemu on, rzecz jasna, zaprzeczał. Główny akustyk ponadto w tej rozmowie z dziennikarzami „GP” tłumaczył (proszę uważnie przeczytać): „Ja zresztą sam osobiście odbywałem wiele przykrych rozmów z osobami, które bardzo chciały tym samolo… w tej delegacji uczestniczyć, a którym po prostu tłumaczyłem, że nie ma fizycznie możliwości, bo nie ma miejsc w tym samolocie aż tylu. I pewnie byłoby tak, że i tak ten rozmiar katastrofy byłby taki. Być może zginęłyby inne osoby, prawda, wtedy, prawda. Natomiast tak czy tak, tak by to wyglądało. Ktoś mi zadał pytanie, czy tym jakiem, którym lecieli dziennikarze, nie mogła polecieć część delegacji, a  czy dziennikarzy ja nie mogłem dosadzić do tego tupolewa, prawda, więc… dla mnie była to taka alternatywa, prawda, no trochę mi się stawia teraz pytanie:czy lepiej by było, gdyby zginął, prawda, dziennikarz, czy lepiej, żeby zginął poseł, prawda, czy generał. Naprawdę ja nie chciałem,nie chciałbym się stawiać w roli człowieka, który decyduje o życiu i śmierci kogokolwiek ani nikomu nie zazdrościłbym takiej roli. Tak czy tak rozmiar tej tragedii byłby tak duży, pewnie mielibyśmy inną listę ofiar”.
Oczywiście, zamawiając (w ostatnich dniach? w przeddzień?) dodatkowy samolot, na pewno nie robiono by tego po to, by narażać kogokolwiek na śmierć, tylko np. by przybyć nieco wcześniej do Smoleńska i „dopilnować wszystkiego”. Tłumaczyć się jednak w taki sposób, iż  „nigdy na żadnym etapie nie była dyskutowana kwestia jakiegoś oddzielnego lotu jakiejkolwiek części delegacji, tym samym również generałów”(http://freeyourmind.salon24.pl/313310,podzial-delegacji), jak to czynił Sasin przed Zespołem, już nie można by było – skoro taki samolot udałoby się jednak wygospodarować dla jakiejś części oficjalnej delegacji. Poza tym – jak wiemy choćby z relacji p. E. Błasik oraz słynnych rozmów w Centrum Operacji Powietrznych (http://freeyourmind.salon24.pl/294090,czas-na-nowa-narracje), dla Dowódców i tak planowany był osobny statek powietrzny – o czym Sasin mógł nie wiedzieć, ale nawet gdyby wiedział, to wiele do powiedzenia by w tej kwestii nie miał (a już na pewno nie mógłby głosić, iż Dowódcy muszą polecieć tupolewem, zaś jak-40 będzie dla kogoś innego).
Co więc byłoby, gdyby wyszło, iż 10-04 wyleciał jednak trzeci samolot? Zapytano by nie tylko, czemu nie wzięto na pokład Dowódców (zamiast kogoś innego) i nie rozdzielono wielu wysokich rangą pasażerów tupolewa, lecz spytano by też: czemu w takim razie zupełnie utajniono ten przelot? Kto był na pokładzie? Kto stanowił załogę? Jeśli ze statku powietrznego skorzystali np. pracownicy KP, jacyś parlamentarzyści oraz ludzie z medialnej obsługi Prezydenta – to czemu z tego zrobiło się taką tajemnicę?
Spytano by też: dlaczego w takim razie z uporem mówiono po wielokroć nieprawdę, iż wyleciały 10 Kwietnia dwa samoloty? Czemu skierowano w takim razie Dowódców do tupolewa, narażając ich bezpieczeństwo i życie (tak jak i innych pasażerów Tu-154M) w obliczu komunikatu z 9 kwietnia 2010 o terrorystycznym zagrożeniu? A może… nie skierowano? Może (a wiemy choćby z relacji dziennikarzy, iż 10-04 do dyspozycji były trzy jaki plus tupolew), skoro wygospodarowano „utajniony” trzeci statek specjalny, to… może i dało się wykorzystać czwarty?
Tylko, że wtedy byłoby też inne, dodatkowe, pytanie: dokąd ten czwarty poleciał? Bo chyba nie do Smoleńska na Siewiernyj. Na łączkę przy lotnisku. Wtedy jednak musiałoby się też całe śledztwo zacząć zupełnie od zera. Od samego Okęcia. Od przedświtu 10 Kwietnia.