Pierwsze nawrócenia smoleńskie

24th Styczeń 2012 by FYM No Comments

Tak to bywa jak się jest złym prorokiem :) , już nieraz bowiem przestrzegałem, że nadejdą dni, kiedy nie tylko zacznie się załamywać moskiewsko-warszawska oficjalna narracja, ale i pojawią się zjawiska „nawróceń” i niegdysiejsi twardzi wyznawcy moskiewskiej czy czerskiej prawdy naraz zaczną stawiać pytania, dziwić się i „nie przesądzać niczego”. I nagle się okaże, że dogmatyka wypracowana na Kremlu, a klepnięta ochoczo przez gabinet ciemniaków i zasłużonych „ekspertów”, będzie poddawana w wątpliwość, tak jakby właśnie wątpienie było „powinnością chwili”, a już nie ta niezachwiana pewność, z jaką się stawiało różne śmiałe tezy o naciskach, winie pilotów, szarżowaniu we mgle, ignorowaniu wskazań przyrządów, lekceważeniu standardów bezpieczeństwa itd. I tak jak w słynnej piosence Stuhra „Śpiewać każdy może”, tak i wątpić, okazuje się, każdy już może, nawet dziennikarze najnowszego „Wprost”, które – koniec świata panie dzieju – ni stąd ni zowąd zamieszczają wywiad z prof. W. Biniendą mówiącym takie słowa: „Uważam, że w najlepiej pojętym interesie społeczności międzynarodowej jest powołanie niezależnej międzynarodowej komisji do spraw zbadania katastrofy smoleńskiej pod kątem wszystkich możliwych hipotez. Rząd Polski ma narzędzia, które umożliwiają powołanie takiej komisji, ale z nich nie korzysta. Wierzę jednak, że nawet Rosjanie nie chcieliby doprowadzić do sytuacji, w której Smoleńsk staje się drugim Katyniem.” („Wprost”, 4/2012, s. 25)

Koniec świata, panie dzieju, takie rzeczy we „Wprost” T. Lisa można przeczytać AD 2012 w styczniu. „Wprost” – nie „Nasz Dziennik” czy „Gazeta Polska”. Takie, i inne można przeczytać. Co np. jeszcze? Rzućmy okiem parę stronic wstecz do tekstu M. Krzymowskiego pod tytułem „Anatomia katastrofy”:

„Do tej pory komisja Millera twierdziła, że dowodem na obecność generała (Błasika – przyp. F.Y.M.) w kokpicie było odnalezienie jego zwłok przy nawigatorze. Tyle, że jak ujawniliśmy kilka dni temu, leżały one tam razem z ciałami jedenastu innych pasażerów. I – co równie ważne – wśród nie było zwłok mjr. Protasiuka. Te znaleziono znacznie dalej, prawdopodobnie z kabiny wyrzuciła je siła zderzenia z ziemią. Gdyby więc kierować się logiką komisji Millera, to trzeba by uznać, że dowódca samolotu tuż przed katastrofą wyszedł z kokpitu i oddał stery pasażerom” (s. 15).

Dosłownie „2 in 1” jak pierwszych szamponach „Wash and Go” na ziemiach polskich, Krzymowski bowiem za jednym zamachem krytykuje i „millerowców” i „makowców”, na których to radzieckich badaniach się wszak „millerowcy” w swych „ustaleniach” wzorowali. No jakże to tak? Czyż z kolei na ustaleniach jednych i drugich nie opierał się sam Krzymowski, pisząc wraz z M. Dzierżanowskim grubaśną książkę pt. „Smoleńsk. Zapis śmierci”? Tam wszak mogliśmy przeczytać (s. 264-265):

„- Dowódco, pokład gotowy do lądowania – oświadczyła stewardesa.
Wcześniej zwracała się do Protasiuka „Aruś”, ale teraz, gdy w kokpicie był generał Błasik, wypadało używać bardziej oficjalnego języka. Dwie minuty później przyszła kolejna informacja z jaka. Widoczność zmniejszyła się jeszcze bardziej, tym razem do 200 metrów. Chwilę później w kokpicie padły słowa, których autora nie udało się ustalić:
- Wkurzy się, jeśli jeszcze…
Podczas konferencji prasowej MAK Rosjanie podali dłuższą wersję wypowiedzi:
- Wkurzy się, jeśli jeszcze… Jeśli nie wylądujemy, będzie się mnie czepiał.
Zdaniem tamtejszych eskpertów mowa o ewnetualnej reakcji prezydenta. Polska strona nie potwierdziła jednak ani tych słów, ani ich rosyjskiej interpretacji.”

Dawne dzieje i tylko paranoik smoleński może łączyć jakieś prehistoryczne księgi (w których z  nabożną czcią przywoływano moskiewskie dezy) z najnowszymi ustaleniami dziennikarzy śledczych „Wprost”, które przecież odkrywają prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, jak w sądzie. Tempus fugit, wszystko płynie, tak więc nawet rzeka kłamstw smoleńskich ma swoje odnogi, nurty i wiry. Chciałoby się jedynie zapytać, a czemuż to dziennikarzom śledczym ze „Wprost” nie udało się ustalić tego, co ustalili niedawno, tj. „kilka dni temu” – przed dwoma laty chociażby? Przecież chodzi chyba o ten sam „materiał dowodowy”?

Jakie są więc ich obecne ustalenia? Takie np., że za cholerę nie można znaleźć człowieka, co rozpoznał głos śp. gen. Błasika w kokpicie. Nie ma takowego gieroja. Nie ma komu orderu dać „za ofiarność i odwagę”. Co więcej, naraz się okazuje, że „ekspert z policyjnego laboratorium” na pytanie „Czy przypisywanie wypowiedzi poszczególnym osobom na podstawie kontekstu sytuacyjnego jest zgodne z metodologią odsłuchu?” odpowiada (zachowując anonimowość): „Interpretacja kontekstu dostarcza wiedzy uzupełniającej, ale nie może być jedynym dowodem. Komisja poszła o krok za daleko” (s. 17).

Trzymajcie mnie ludzie – „komisja Millera”, ta przecież złożona z najwybitniejszych ekspertów nad Wisłą, „poszła o krok za daleko”? Za daleko, to znaczy, dokąd? W las, jak przysłowiowa nauka? Na szczęście jest ostatni sprawiedliwy w tejże komisji, M. Lasek, który wszystko wyjaśnia, jak należy:

„Po pierwsze, jego ciało (chodzi o śp. gen. Błasika – przyp. F.Y.M.) zostało znalezione przy ciele jednego z członków załogi. Po drugie, te słowa były poprzedzone oficjalnymi powitaniami („Witam”, „Dzień dobry”), co oznacza, że ktoś musiał wchodzić do kabiny. I po trzecie, podchodząc do lądowania, członkowie załogi posługują się skrótami: zamiast „250 metrów” mówią „250”. Przyjęliśmy założenie, że „250 metrów” musiał powiedzieć ktoś spoza załogi. Naszym zdaniem gen. Błasik czytał te wysokości, mając świadomość, że piloci go nie słyszą” (s. 17).

Krzymowski pisze pod koniec swego artykułu „Uzbrójmy się w cierpliwość”, ale jakże możemy być cierpliwi, kiedy nagle „Wprost”  zabrało się za demaskowanie kłamstwa smoleńskiego, a na okładce komunikuje: „Smoleńsk. Wciąż we mgle” i nieco niżej: „Brzoza? Naciski? Zamach? Czyli jak niewiele wiemy dwa lata po katastrofie”? Aż strach pomyśleć, co będzie w następnym numerze, wydawać by się bowiem mogło, że po dwóch latach wiemy wszystko, tak jak M. Lasek z „komisji Millera”. Jeszcze chwila, a dziennikarze śledczy zaczną węszyć na Okęciu w poszukiwaniu jakichś utajnionych samolotów z 10 Kwietnia lub samych lotów.

„Kryło” raz jeszcze

24th Styczeń 2012 by FYM No Comments

Zestawienie zrobione przez 154

Fragmeny „Uwag” do raportu komisji Burdenki 2

24th Styczeń 2012 by FYM No Comments

Fragmenty smoleńskiego wydania „Nowego Państwa”

24th Styczeń 2012 by FYM No Comments

Telefony (2)

23rd Styczeń 2012 by FYM No Comments

Na ubiegłorocznym grudniowym posiedzeniu Zespołu smoleńskiego, kiedy p. M. Wassermann powiedziała słynne, wielokrotnie cytowane i komentowane, słowa: „Nigdy się prawdopodobnie nie dowiecie, czy oni przeżyli tę katastrofę i ile minut lub godzin żyli po tej katastrofie i czy w związku z tym udzielana im była jakakolwiek pomoc” (http://polska.newsweek.pl/nigdy-sie-nie-dowiecie—czy-przezyli-katastrofe–corka-wassermanna-przed-zespolem-macierewicza,86195,1,1.html), powróciła po raz kolejny kwestia telefonów należących do ofiar tragedii oraz problemów z ustaleniem podstawowych danych z tymi telefonami związanych. M. Wassermann powiedziała wtedy, oprócz cytowanych wyżej słów, także: „Praca ABW jeżeli chodzi o katastrofę smoleńską jest taka, że opinia odnośnie telefonów jest kolejny raz odesłana jako nie do przyjęcia i dalej nie istnieje opinia odnośnie telefonów osób, które tam zmarły, co za tym idzie, dalej nie wiemy, o której się zalogowali lub nie” (www.youtube.com/watch?v=5XCA2xZyTq4 (11′ materiału sejmowego)).

Zagadnienie telefonów prywatnych i służbowych, należących do członków delegacji prezydenckiej od samego początku „śledztwa” prowadzonego oficjalnie, było niesamowicie skomplikowane, podczas gdy sprawa powinna być arcyboleśnie prosta, skoro „wsie pogibli” o 8.41, tj. w „godzinie Morozowa”. Jeśliby bowiem wszyscy członkowie delegacji prezydenckiej zginęli właśnie wtedy, to rzecz jasna, nikt z użytkowników telefonów nie mógł ani telefonować, ani sms-ować, wszystko to zaś powinno być czytelne na bilingach oraz łatwe do wykrycia po kryminalistycznych oględzinach tychże telefonów. Co zatem mogłoby stać na przeszkodzie, by po upublicznieniu informacji o tychże bilingach i po zbadaniu tychże telefonów, oddać je rodzinom zabitych? Tymczasem, jak można było choćby usłyszeć na posiedzeniu podsumowującym 4-miesięczne prace Zespołu (październik 2010), min. A. Macierewicz za min. A. Seremetem, powtarzał, iż prokuratura nie ma jeszcze bilingów, o które wystąpiła do ABW. Jak sytuacja wygląda dziś z tymi bilingami? Ja osobiście nie wiem, ale nie zdziwiłbym się, gdyby wyglądała podobnie jak 4 m-ce po „katastrofie”.

Na tymże dawnym posiedzeniu Zespołu (październik 2010) sprawa telefonów, a zwłaszcza jednego z nich, który, jak się po opublikowaniu informacji o nim, okazało, miał być jedynie faktem medialnym, czyli dezą, jaką podpuszczono dziennikarzom „GP” – została kapitalnie skomentowana przez p. M. Mertę, której wywód pozwolę sobie we fragmencie przytoczyć poniżej. Zdaniem bowiem p. Merty, owe nieprawdziwe informacje (związane z rzekomym połączeniem śp. J. Surówki i przekazaniem przez niego dramatycznej opowieści) „to nie są zwykłe pomyłki”, tzn. „ten fałsz w nich zawarty jest po coś” (38’42” materiału sejmowego):

„Mamy informację, która do nas wróci. W którymś momencie takie rewelacje znowu się pojawią. I teraz, co się będzie działo. Jeżeli tę informację uznajemy za kaczkę dziennikarską, za totalną nieprawdę, to każdą następną z tego gatunku też zakwestionujemy. Jeśli nie my, to zakwestionuje ją społeczeństwo (…). W którymś momencie może wyjść coś na jaw i wtedy powiemy: aha, już to słyszeliśmy, już to miał być Surówka i nie był, więc każdy kolejny też będzie, ten na pewno jest wymyślony. I ja myślę, że cała ta sprawa z „Gazetą Polską” miała właśnie to na celu, że to nie była taka sobie… taki sobie wymysł czyjś, takie sobie przekłamanie, że to było w mojej intuicji zrobione po to, żeby z góry zdezawuować takie ewentualne późniejsze doniesienia (…)”

Jednym z takich późniejszych (w stosunku do historii z telefonem śp. J. Surówki) doniesień było to, które przekazał choćby J. Sasin podczas swego pierwszego wystąpienia przed Zespołem (wrzesień 2010) przy okazji dyskutowania sprawy informacji o trzech osobach, które „przeżyły katastrofę”:

„Minister Jacek Sasin:
To ja może bardzo króciutko. Ja bardzo króciutko, jeśli pan przewodniczący pozwoli. Też jakby może tak bardzo ogólnie, do tego co pan powiedział, bo ja myślę, że no wokół całej tej sprawy, tej tragedii, rzeczywiście jest bardzo wiele takich informacji, też i plotek, i takich informacji nieścisłych, które w bardzo wielu przypadkach mogą zaciemniać właściwy obraz. Ja też słyszałem, też będąc na cmentarzu, potwierdzam to, słyszałem taką informację o tych, o trzech osobach, które przeżyły, i też nie potrafię powiedzieć, skąd tą informację słyszałem, znaczy ona gdzieś po prostu się pojawiła. Ona się gdzieś pojawiła po prostu i no ja jakby uczepiłem się też tej informacji, no bo jak jest informacja, że ktoś przeżył prawda, no to…

Przewodniczący Antoni Macierewicz:
Każdy z nas.

Minister Jacek Sasin:
Ale proszę państwa..

Przewodniczący Antoni Macierewicz:
Ale skądś do tych mediów dotarło.

Minister Jacek Sasin:
Proszę państwa, nawet ja to do mediów powiedziałem, bo podszedł do mnie dziennikarz i pyta się coś, a ja mówię: – Nie mamy informacji w tej chwili.

Minister Jacek Sasin:
… mamy i mówię, usłyszałem, gdzieś tu informację taką, że ktoś przeżył, że kilka osób przeżyło, ale nie potrafię tego potwierdzić. Więc ta informacja funkcjonowała.
Natomiast też jest proszę państwa, ja też różnego rodzaju informacje mniej lub bardziej fantastyczne też do mnie docierały, również w późniejszym okresie. Między innymi miałem taką, dostałem taką informację, no która mnie trochę zmroziła, powiem szczerze, a mianowicie, że jeden z pracowników Kancelarii tuż przed śmiercią wysłał sms-a do swojej rodziny, mówiącego o tym, prawda, że: – Giniemy! Ratujcie nas! No takie bardzo dramatycznego prawda. No było to coś mrożącego krew w żyłach. Ja wstrząśnięty tą informacją podjąłem próbę ustalenia z rodziną tego człowieka, gdzie miałem kontakt, czy to jest prawda. Okazało się, że nikt z rodziny nie potwierdził, aby taki sms dotarł. Więc, znaczy to też pokazuje, że tutaj mogą różnego rodzaju po prostu plotki się pojawiać. Ja myślę, że każdą taką plotkę trzeba sprawdzić oczywiście, bo to jest tak, że wśród takiego szumu informacyjnego może być ileś bardzo prawdziwych informacji, które zmienią może czasami nawet obraz tego co, jaki mamy tego, co się wydarzyło. Natomiast myślę, że to po prostu wymaga sprawdzenia, każda sprawa.

Natomiast zgadzam się oczywiście z tym, co pan mówił, dotyczące  tego, że można naprawdę pewnie jeszcze wiele źródeł takich informacji, gdzie wiele spraw w tej chwili zaciemnionych mogłoby się wydać, chociażby te kwestie satelitarnego oglądu, to myślę, że jest coś, co rzeczywiście wiele spraw być może by nam wyjaśniło” (http://freeyourmind.salon24.pl/382860,samolot-zjechal-z-pasa#comment_5603420 cytuję za stenogramem).

P. Merta, którą cytowałem wyżej, dodawała jeszcze w swoim wywodzie a propos historii z telefonem śp. J. Surówki: „Dobrze byłoby sprawdzić, jak dochodzi do takich dezinformacji i skąd one się biorą, bo myślę, że to dużo powie o samej sprawie śledztw i tego, co przewiduje się, że wyjdzie na jaw”. Podejrzewam, że historia z tym nieistniejącym telefonowaniem była podobna jak z przesłuchaniem A. Miendiereja i słynną notatką „oficera AW”, o czym pisali i K. Galimski z P. Nisztorem w swej książce, i autorzy „Zbrodni smoleńskiej”. Ci pierwsi stwierdzili, że notatka jest fałszywką sporządzoną przez specsłużby, zaś ci ostatni, wprost przeciwnie, potraktowali ją jako wiarygodny dokument (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2011/12/Zbrodnia-smole%C5%84ska-recenzja-Free-Your-Mind.pdf). L. Szymowski, jak pamiętamy, do tego stopnia dał się wkręcić „ludziom cienia”, że opublikował nawet dziwne zdjęcie z „Bilda” (jest ono cały czas do obejrzenia tu http://el.ohido.siluro.salon24.pl/231970,dwie-trajektorie-zakopywanie-samolotu) jako… materiał przekazany naszym służbom przez amerykańską NSA i podpisał: „Tupolew awaryjnie wylądował w lesie. Potem doszło do wybuchu” (http://freeyourmind.salon24.pl/304267,zamach-tak-ale-czy-na-siewiernym).

Sam jednak fakt, że „ludzie cienia” tak wiele zadają sobie już od długiego czasu fatygi, by „zdynamizować” śledztwo smoleńskie (szczególnie, gdy zajmują się nim zwolennicy zamachu na Siewiernym), dowodzi, iż muszą mieć w tym swój żywotny interes. Po co bowiem konstruowaliby fałszywe notatki czy podsuwali autorom książek/artykułów śledczych dotyczących tragedii, błędne tropy (które, jak w przypadku sprawy śp. J. Surówki, omal nie skończyły się dla redakcji „GP” procesem wytoczonym przez p. K. Łuczak-Surówkę (o całej sprawie raz jeszcze wspomina ona w książce J. Racewicz „12 rozmów o miłości. Rok po katastrofie”, s. 220-221))? Po to, by ukryć prawdziwe. Jeśli więc po dwóch latach nadal tak niewiele wiemy o telefonach ofiar tragedii, to tam, w tychże telefonach, na pewno tkwi jakaś część prawdy o tym, co się 10-go Kwietnia stało. Zamiast więc czekać następne dwa lata na wrak, może czas zajrzeć do tego, co się zachowało w telefonach? No, chyba że do ich zbadania wymagana jest zgoda Kremla – to wtedy faktycznie, także z tym badaniem trzeba będzie nieco poczekać.

W dzisiejszym „Uważam Rze” (4/2012, s. 16) p. E. Błasik po raz kolejny potwierdza to, iż Dowódcy mieli 10-go lecieć odrębnym samolotem: „Pierwotnie cała generalicja miała lecieć na pokładzie jaka. Decyzja, że polecą tupolewem, zapadła w piątek, dzień przed wylotem.” Czy faktycznie umieszczono Dowódców w „prezydenckim tupolewie”, tak by dwóch z nich mogło się potem „znaleźć” nawet w jego kokpicie, tego wciąż nie wiemy, warto by jednak ustalić, kto w piątek wieczorem taką decyzję chciał podjąć – B. Klich? J. Sasin przed Zespołem smoleńskim z naciskiem powtarzał, iż na żadnym etapie przygotowań osobny statek powietrzny dla generalicji nie był przewidywany (http://freeyourmind.salon24.pl/313310,podzial-delegacji), ale przecież to nie w gestii Sasina leżało ewentualne decydowanie o tym, jakim samolotem polecą Dowódcy, sądzę zaś, że relacja p. Błasik nie pozostawia tu cienia wątpliwości (podobnie zresztą, jak słynna rozmowa w COP z 10-go Kwietnia (http://freeyourmind.salon24.pl/294090,czas-na-nowa-narracje: „Wcześniej było planowane, że Dowódcy będą lecieć Jakiem”)). Chyba że rację ma intheclouds twierdząca już od dłuższego czasu (http://clouds.salon24.pl/306662,tajemnice-okecia-dwa-tu-154-7-kwietnia), że na 10-go przygotowano, tak jak na 7-go, specjalnie 2 tupolewy (ale o numerze bocznym 101, tzn. 102-ka użyta byłaby jako druga 101-ka), i do jednego z nich zaproszono by pierwszą część delegacji, a do drugiego – drugą. No to wtedy faktycznie, nie tylko ABW miałaby problem z telefonami.

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/02/telefony.html

Chmury

20th Styczeń 2012 by FYM No Comments

Pierwsze zestawienia „wersji ostatecznych”

20th Styczeń 2012 by FYM No Comments

chodzi oczywiście o „zapisy CVR”.

„Samolot zjechał z pasa”

19th Styczeń 2012 by FYM No Comments

Jak dotąd nie dowiedzieliśmy się, w jaki sposób prezydenccy „akustycy” sprawdzali nagłośnienie w Lesie Katyńskim (czy np. oglądali, czy poprawnie są wpięte kable, czy robili próby mikrofonów, czy dokonywali oględzin konsoli mikserskiej, czy przejrzeli stanowiska w wozach transmisyjnych itd.), wiemy natomiast, w jak przedziwny sposób krążyły informacje związane z losami delegacji udającej się na uroczystości. I temu obiegowi informacji chciałbym poświęcić dzisiejszą notkę.

Główny „akustyk” kancelarii Prezydenta, czyli J. Sasin (JS), w sejmie przed Zespołem min. Macierewicza twierdzi, że jest w Katyniu ok. 7.30 (11’07” materiału sejmowego), ale w książce „Mgła” mówi, iż koło 8-mej (pol. czasu). Wiemy, że jeszcze wieczorem 9-go kwietnia 2010 r. JS planuje pojechać z M. Wierzchowskim (MW) na lotnisko, ale już nad ranem zmienia plany i  postanawia dopilnować wszystkiego w Katyniu, aczkolwiek po drodze urządza sobie kilkudziesięciominutową wycieczkę po Smoleńsku („Mgła”, s. 39). Te kwestie nas teraz nie interesują, a przypominam je tylko po to, by nieco naświetlić kontekst. MW, wedle porannej umowy ze swym przełożonym, ma informować JS (gdy będzie w Lesie Katyńskim) o lądowaniu samolotu z delegacją, więc muszą być w telefonicznym kontakcie. Ale właśnie – czy są? A jeśli są, to czemu ten kontakt tak dziwnie wygląda? MW w jednym z wywiadów dla „NDz” powiada (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110209&typ=po&id=po08.txt), że telefonował z Siewiernego do JS jeszcze jakiś czas przed tragedią „Kiedy czekałem na lotnisku, wykonałem ostatnią rozmowę telefoniczną z ministrem Jackiem Sasinem. Później oczekiwaliśmy na przylot samolotu, luźno rozmawiając”, ale nie znamy treści tej rozmowy i nie wiemy, czy wtedy JS był już w Katyniu, czy jeszcze na turystycznej wycieczce.

Przenosimy się zatem do Lasu Katyńskiego. Jak tu wygląda (wg sejmowej relacji JS) przebieg zdarzeń? Primo: JS dowiaduje się w pewnej chwili (gdy już wszystko jest gotowe i jest czas swobodnych rozmów) od A. Kwiatkowskiego (AK), że samolot z powodu trudnych warunków atmosferycznych nie będzie lądował, tylko zostanie skierowany do Moskwy. To zdarzenie niesie ze sobą trzy ślady: 1) JS nie był do tego momentu w Lesie Katyńskim z AK (i chyba AK nie był z nim na wycieczce, skoro jak twierdzi AK w „Mgle”, s. 86, „o dziewiątej rano tamtego czasu przyjechaliśmy na miejsce”, a więc był w Katyniu już od 7-mej pol. czasu), 2) JS nie dostał tej informacji od MW, 3) MW nie informuje JS o skierowaniu samolotu do Moskwy. Co więcej AK otrzymuje tę wieść od… T. Stachelskiego (TS) (do dziś nieprzesłuchanego przed Zespołem smoleńskim), który musi tę informację mieć z kolei od D. Górczyńskiego (DG) będącego na Siewiernym (http://www.rp.pl/artykul/544614.html). Czy MW tej, było nie było, niezwykle ważnej z punktu widzenia organizatorów uroczystości, informacji sam nie miał, czy może po prostu nie zdążył jej przekazać, jak na razie nie wiemy.

Co się dzieje dalej? Secundo: JS, dowiedziawszy się, że AK ma tę wiadomość od TS, szuka tego ostatniego, a odnalazłszy go wzrokiem, kieruje się w stronę TS (proszę przy okazji wziąć pod uwagę, ile czasu muszą pochłonąć wszystkie późniejsze zdarzenia od tej pierwszej przekazanej informacji, nim kolumna rusko-polska wyjedzie na sygnale na Siewiernyj), przy czym, gdy już zbliża się do TS ten dostaje drugi telefon od DG z kolejną informacją o „wypadku w samolocie”; „samolot zjechał z pasa czy coś takiego”. Nim jednak JS usłyszy to z ust TS, będzie przysłuchiwał się rozmowie TS-DG i czekał na jej zakończenie, a przy tym będzie myślał tak:

„nie przypuszczałem, że mogło stać się coś bardziej groźnego i coś gorszego niż to lądowanie w innym miejscu, w związku z czym tak sobie psychicznie zbudowałem taką konstrukcję, że on (tzn. TS – przyp. F.Y.M.) tak strasznie panikuje z tego powodu, że ten samolot wyląduje gdzie indziej i w związku z czym będziemy mieli tutaj opóźnienie w rozpoczęciu uroczystości” (15’02”).

Chciałoby się zapytać: a gdzie indziej? Przecież od AK była chwilę temu jednoznaczna informacja, że w Moskwie – to dość konkretne miejsce. No ale załóżmy, że tak się głównemu „akustykowi” tylko powiedziało czy pomyślało. Zauważmy jednak, iż JS, mimo że dostał wiadomość od AK, nie wydzwania do MW, by spytać: jak właściwie wyglądają ustalenia na Siewiernym w obecnym momencie (a to chyba byłoby najprostsze rozwiązanie, zamiast szukać TS i czekać aż skończy rozmawiać przez telefon). Czemu na tak prosty pomysł nie wpadł? Nie dzwoni też do amb. J. Bahra (JB), który, jak można sądzić, byłby najlepiej zorientowany, co do ustaleń na Siewiernym.

Wracamy do sytuacji z TS. Ten ostatni mówi więc JS, że samolot zjechał z pasa; „nic więcej nie był w stanie powiedzieć”, dodaje JS przed Zespołem, a parę minut później powie (20’43”) w kontekście dramatycznej rozmowy z MW, gdy ten już będzie telefonował z pobojowiska: „Tak sobie już wyobraziłem pewien obraz, który się stał, prawda, czyli drobnego wypadku przy lądowaniu samolotu (…) być może się koła nie otworzyły, prawda, coś takiego…”. I nawet o to będzie ów JS pytać telefonującego (z informacją o tragedii) MW: „Ale co, zjechał ten samolot z pasa?”

Trzymamy się jednak tej sytuacji po kolejnej rozmowie TS-DG i przekazaniu informacji o „zjechaniu samolotu z pasa” – nikt przecież w tym momencie (przynajmniej wg oficjalnych relacji, zeznań etc.) nie może wiedzieć w Katyniu, co dokładnie się stało z polską delegacją. JS uzyskuje zatem informację, że samolot zjechał z pasa, wyobraża sobie to jako drobny wypadek przy lądowaniu – i co? Usiłuje się dodzwonić do MW, ale mu się nie udaje, idzie więc do oficera BOR, czyli C. Kąkolewskiego (CK), ten zaś nic nie wie o żadnym zjechaniu z pasa. CK nie ma również możliwości sprawdzenia informacji u kogoś na lotnisku, bo, jak stwierdza, nie ma tam ludzi BOR, do których można by zadzwonić.

I teraz najważniejsze, czyli tertio: wiedząc, że samolot zjechał z pasa po wylądowaniu i doszło do drobnego wypadku, JS nie dzwoni do kogoś z osób na pokładzie, by spytać, co się stało? Przecież taka powinna być pierwsza reakcja każdego, kto by się właśnie dowiedział, że delegacja wylądowała. Na informację o lądowaniu przecież JS czekał, jako ten, który miał wyjść przed bramę katyńskiego cmentarza. Czy nie należało więc natychmiast zadzwonić i upewnić się, czy wszystko w porządku oraz, co dokładnie się stało? Pamiętają Państwo, jak prowadzący TVP Info dzwonił 10-go Kwietnia koło 9.30 pol. czasu do dziennikarza W. Cegielskiego, „w samolocie był także nasz reporter (…) Połączyliśmy się z nim w tej chwili. Wojtku, powiedz, co się dzieje w Smoleńsku?” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/woko-zeznan-bahra.html. (Nawiasem mówiąc Cegielski zresztą w tej relacji powie, że jak dziennikarski przyleciał… „pół godziny wcześniej”: „wszyscy dziennikarze, którzy towarzyszyli Lechowi Kaczyńskiemu, przylecieli do Smoleńska pół godziny wcześniej samolotem jak-40 i stąd też na pokładzie tego samolotu tu-154m nie było żadnego, żadnego dziennikarza, stąd jest teraz to ogromne zamieszanie, ponieważ myśmy w tej chwili, przed chwilą otrzymali taką informację, że był problem z samolotem prezydenckim”. Oczywiście Cegielski, nie będąc na Siewiernym nie mógł wiedzieć, o której, co się tam działo, lecz będąc na Okęciu mógł usłyszeć od kogoś, że tupolew wyleci „pół godziny po jaku-40 z dziennikarzami” – to tak dodaję a propos badanej ostatnio koncepcji intheclouds))?

Wracamy do Katynia. JS (wg jego relacji) nie telefonuje ani do kogoś z będących na pokładzie, ani też do JB, by uzyskać jakieś inne informacje w związku z tym „zjechaniem z pasa”. Co zaś się dzieje? Najpierw odbywa się jakaś narada pracowników pracowników kancelarii z borowcami. Ile ona trwa, nie wiemy. Naradzie jednak przysłuchują się jakieś postronne osoby, więc naradzający się przenoszą się do budynku przy wejściu do cmentarza, tam zaś postanawiają, że należy się udać na lotnisko. Ile znowu to wszystko trwa, też nie wiemy. Nie wiemy też, czemu naradzający się (zamiast telefonować do pasażerów) się naradzają. CK ma po naradzie zorganizować transport, ruską eskortę i zgodę na wjazd na Siewiernyj, podwładni JS zaś mają odszukać w Lesie Katyńskim kierowcę JS (kierowca był bez telefonu?). Po „kilku minutach” grupa wyjazdowa jest gotowa, natomiast JS „wykonuje” następne telefony – do M. Łopińskiego (nie odbiera) i „pani dyr. Kasprzyszak z Biura Prasowego” (nie odbiera), ale też do żony „żeby się nie denerwowała, jeśli usłyszy coś w mediach dotyczącego mojej osoby” (połączenie parę minut po 9-tej wg ustaleń JS). Czy te wszystkie zachowania nie są jednak nieco dziwne, skoro samolot tylko zjechał z pasa, a więc wystarczyłoby najpierw telefonicznie ustalić z kimś będącym na lotnisku, co dokładnie się stało i czy sytuacja jest poważna? Czy zamiast naradzać się nie wystarczyło zadzwonić do osób, które „wylądowały”? Czy im się nic nie stało?

Przyjrzyjmy się jednak jeszcze raz od początku „obiegowi informacji”. Najpierw AK przekazuje JS wieść o skierowaniu samolotu do Moskwy, JS usłyszawszy to idzie do TS, by się dowiedzieć czegoś więcej, zaś TS po rozmowie telefonicznej mówi o wypadku przy lądowaniu i zjechaniu z pasa, po czym JS (mówiąc w telegraficznym skrócie) zwołuje naradę ze swymi pracownikami i borowcami, bo trzeba pojechać na lotnisko. No dobrze, ale przecież samolot skierowano do Moskwy, skąd więc nagle wiadomo, że trzeba jechać na smoleńskie Siewiernyj? Czemu JS nie pyta TS: „panie, gdzie ten samolot zjechał z pasa?”, tylko skądś już wie, że chodzi właśnie o Smoleńsk?

Czy po drodze nie było jeszcze jakiejś informacji, którą JS w sejmie pominął? Hm, a jak wygląda przebieg opisywanych wyżej zdarzeń w relacji samego AK? Zupełnie inaczej (s. 87-88), proszę rzucić okiem:

„W czasie przygotowań do uroczystości, które miały się odbyć w lesie katyńskim, postanowiliśmy – ja byłem tam pierwszy raz (czyli nie był 9-go w Katyniu? – przyp. F.Y.M.) – wykorzystując chwilę oczekiwania, obejrzeć to miejsce, przejść się po cmentarzu. Jeszcze raz chcieliśmy sprawdzić, czy wszystko jest już gotowe na przyjazd pana prezydenta i delegacji mu towarzyszącej. Opuściliśmy teren, na którym miała odbywać się msza. W alejce, przy ścianie z tabliczkami z nazwiskami pomordowanych oficerów zrobiłem kilka zdjęć. Pamiętam, że zaczęło rosnąć napięcie, zrobiła się nerwowa atmosfera, czekaliśmy na informacje z lotniska, czy już wylądowali, ile mamy czasu? W pewnym momencie zaobserwowałem dziwne zachowanie pracownika protokołu dyplomatycznego Tadeusza Stachelskiego, który, rozmawiając przez telefon, wykonywał jakieś dziwne gesty, mówił jakieś niezrozumiałe słowa, wyraźnie był zdenerwowany. To był pierwszy sygnał, że coś jest nie tak. Wydawało się nam, że pogoda, która podobno się psuła – czego w samym lesie katyńskim nie było widać – mogła pokrzyżować plany. Myślałem – być może samolot nie mógł wylądować lub leciał na jakieś inne lotnisko?

W pewnym momencie odebraliśmy telefon od Marcina Wierzchowskiego, który był na lotnisku. Mówił, że coś jest nie tak, że była jakaś awaria. Pamiętam swoją pierwszą myśl, że samolot nie zmieścił się w pasie, nie wyhamował, zjechał z niego – tak sobie tę „awarię” wyobraziłem.”

AK nie mówi więc o żadnej informacji od TS na temat skierowania delegacji do Moskwy z powodu trudnych warunków atmosferycznych (skąd więc JS się dowiedział o tej Moskwie? Nie czasem od MW?). TS jest obserwowany z jakiejś odległości przez AK (skoro ten ostatni nie słyszy dokładnie wypowiadanych słów) i to chyba podczas tej rozmowy TS-DG na temat „zjechania z pasa”, o której mówił wyżej JS. No ale czy AK nie widzi głównego „akustyka” stojącego przy TS i przysłuchującego się tej telefonicznej rozmowie? Gdzie jest więc w końcu JS – przy TS czy obok AK? Czy jeszcze w innym miejscu? Co więcej, AK mówi („odebraliśmy”, też nie wiadomo, jacy „my” – AK i np. D. Gwizdała?) o telefonie MW mówiącym o awarii i sądzi, że… samolot zjechał z pasa. Powraca więc pytanie: jeśli sądził(li), że doszło do jakiegoś awaryjnego lądowania, podkreślam, lądowania (a nie katastrofy), to przecież wystarczyło zadzwonić do pasażerów, np. kolegów z kancelarii, by się dowiedzieć, jak to lądowanie przebiegło. Skoro odebrał telefon od MW mówiący o awarii, to miał komórkę włączoną w przeciwieństwie do J. Opary, który przygotowując się do uroczystości, wyciszył sobie ją, żeby mu nie przeszkadzała: „Gdy już byłem pewien, że wszystko jest zapięte na ostatni guzik, po prostu usiadłem i wyłączyłem dźwięk dzwonka w telefonie, by potem nieoczekiwanie nie zaczął dzwonić”      (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110110&typ=po&id=po41.txt).

Pozdrowienia dla IES

16th Styczeń 2012 by FYM No Comments

7 kwietnia 2010 z albumu intheclouds

15th Styczeń 2012 by FYM No Comments